<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-5462473877702160492</id><updated>2011-12-23T11:23:12.615+01:00</updated><category term='Wąsal'/><category term='Tajlandia'/><title type='text'>WĄSALA podróże :)</title><subtitle type='html'>Just to keep you up-to-date! :)</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://micwasik.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5462473877702160492/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://micwasik.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Michał Wąsik</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02660059989183667266</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>9</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5462473877702160492.post-216811819386300738</id><published>2011-03-29T11:35:00.004+02:00</published><updated>2011-03-29T11:39:21.212+02:00</updated><title type='text'>Jakiś czas po… [www.careerbreak.pl]</title><content type='html'>http://careerbreak.pl/2011/03/29/jakis-czas-po-wywiad-z-michalem-wasikiem/&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Michał Wąsik – pracownik Logistyki w dużym koncernie motoryzacyjnym w Poznaniu (wszystko wiadomo, nie?! ;)). Od czasów liceum każde wakacje spędzał za granicą – od „za miedzy” aż po krańce świata. Zwolennik aktywnego wypoczynku, fascynat wschodnich sztuk walki. Nie może żyć bez słuchania i „produkowania” muzyki, grania na gitarze i klawiszach. Bardzo wdzięczny za otaczających go ludzi! O swoich podróżach pisze na www.aroundsouthamerica.eu i www.micwasik.blogspot.com.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-C0St9aYrdWc/TZGoMGJioFI/AAAAAAAAFI4/ECLzc-WIqP8/s1600/100_2453-1.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 240px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-C0St9aYrdWc/TZGoMGJioFI/AAAAAAAAFI4/ECLzc-WIqP8/s320/100_2453-1.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5589433538306023506" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Opowiedz w trzech zdaniach o swojej podróży. Gdzie byłeś? Jak długo ona trwała? Kiedy wróciłeś?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podróż była podzielona na dwa etapy: Amerykę Południową oraz Azję Południowo-wschodnią. Trasa wyjazdu w Ameryce Południowej obejmowała Brazylię, Urugwaj, Argentynę, Chile, Boliwię, Peru i Kolumbię, natomiast w Azji Południowo-wschodniej Tajlandię, Laos i Kambodżę. Przygoda rozpoczęła się w lutym 2008 roku, trwała (z „małą” przerwą) 10 miesięcy. Wróciłem do Poznania pod koniec stycznia 2009 roku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O długich podróżach marzy prawie każdy, jednak tylko niektórzy ruszają w drogę. Co sprawiło, że postanowiłeś zmienić marzenie w czyny?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Determinacja i splot różnych wydarzeń. W końcu doczekałem się odpowiedniego czasu! Opłaca się być cierpliwym, żeby rozsądnie podejść do tego wydarzenia! Dobrze jest wyznaczyć sobie cele pośrednie, konkretne, mierzalne, określone w czasie, realne do zrealizowania i ambitne, czyli SMART’ne ;).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak wyglądały przygotowania do podróży? Czy to był trudny proces? No i co z pieniędzmi? Spadek po cioci z Ameryki, bogaci rodzice, wygrana w loterii, czy może coś bardziej prozaicznego?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Błyskawiczny sukces wymaga lat przygotowań” ;). Jest w tym wiele prawdy. Przygotowania same w sobie dają jednak mnóstwo radości! Podstawą są środki na bilet i nieco na start. Moje fundusze zbierałem sukcesywnie. Oszczędzając w Polsce na standardowych rzeczach, masz środki, by przeżyć nieprzeciętne przygody na drugim końcu świata!  Rzeczy zbędne sprzedałem (a każdy z nas ma ich mnóstwo – można przeżyć przynajmniej rok mając wyłącznie tyle rzeczy, ile jesteśmy w stanie zmieścić w placaku ;)). Należy też jednak zatroszczyć się o sprawy, które zostają za nami, na miejscu. Ważnym jest nauka języka, szczepienia, ustalenie limitów na kartach (w razie kradzieży – jaką ew. stratę możemy „przełknąć), a także zostawienie rezerwy finansowej na „nowy start” po ewentualnym powrocie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiele osób rezygnuje z marzenia o podróżach, z obawy o swoje losy zawodowe i przyszłość (bo przecież nikt nie będzie chciał zatrudnić kogoś z roczną dziurą w CV no i trzeba płacić składki na ZUS, żeby zapewnić sobie emeryturę). Jak rozwiązałeś ten dylemat?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Lepiej zrobić coś i żałować, niż żałować, że się nie zrobiło” ;)! O emeryturę w naszej rzeczywistości bardziej bym się martwił samemu, niż ufając państwu ;). Trzeba pamiętać, że możliwe, że wrócimy do Polski (choć wiele osób wybiera inne kraje widząc jakie są możliwości i styl bycia mieszkańców) i będziemy tutaj szukać pracy. W niektórych zawodach doświadczenie długiej podróży, może być postrzegane pozytywnie. Wiele osób w istotny sposób polepsza swe umiejętności językowe podczas pobytu za granicą. Dobrze wybrać taki moment w życiu, gdy albo nie mamy wiele do stracenia – można wziąć urlop dziekański w czasie studiów, albo zdecydować się na podróż w momencie, gdy i tak zamierzamy zmienić pracę. Mi udało się znaleźć trzecią drogę, mianowicie zdobyć urlop bezpłatny. Przedstawiciele wolnych zawodów mogą wykonywać pracę w czasie podroży, zdalnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy podróż zmieniła w jakiś sposób Ciebie i Twoje życie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem pewien, że tak! Jak mówi przysłowie: „podróże kształcą”!  Podróżowanie daję Ci porównanie, że to, co jest przyjęte za normę, bądź coś niedopuszczalnego w Polsce, może być gdzieś indziej odbierane zupełnie odwrotnie. Zyskujesz dystans i luz w stosunku do wielu spraw. Zaczynasz dostrzegać, co jest naprawdę ważne. Z drugiej strony widzisz, że globalizacja to nie abstrakcja: ludzie na całym świecie używają przedmiotów tych samych marek, co my (bez kryptoreklamy ;)). Uczysz się bardzo doceniać to, co masz. Okazujesz wdzięczność, pamiętasz o bliskich (nie na zasadzie tęsknoty, ale radości, że w ogóle są). Widzisz, jak wiele uśmiechu mają w sobie ludzie, którzy materialnie mają wiele mniej niż przeciętny Polak. Ludzie ci potrafią się bezinteresownie dzielić tym, co mają. Będąc w obcym kraju, wśród pozornie obcych ludzi, zdany często tylko na siebie, uczysz się pokory i podziwu wobec Natury. Następnie czujesz, że Twój dom jest wszędzie, gdzie akurat się znajdujesz. Spotykasz fantastycznych ludzi, którzy są inspiracją dla Twego przyszłego, nieprzeciętnego życia. Twoja wiara w siebie rośnie, pozwala osiągać Tobie więcej niż byś myślał. Odpowiednio długa, szczególnie samotna podróż jest zawsze podróżą w głąb siebie…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co jest najtrudniejsze w życiu po podróży?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już dwa lata minęły od powrotu i… Wciąż tęsknię… Twoje życie nigdy nie będzie takie jak przedtem. Skojarzenia będą Cię przenosić w najodleglejsze miejsca. Z radością będziesz wspominać ludzi na drugim końcu świata. Często myślimy, że gdzieś indziej, jest lepiej – jest po prostu inaczej. Dobrze jest tak naprawdę wszędzie i w dowolnej sytuacji – to jest kwestia Twojego umysłu!  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-brdaum_7MOs/TZGoX6wqvUI/AAAAAAAAFJA/75AkAlXeKL0/s1600/CSC_0105.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-brdaum_7MOs/TZGoX6wqvUI/AAAAAAAAFJA/75AkAlXeKL0/s320/CSC_0105.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5589433741407337794" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedna rada dla osoby, która chciałaby, ale boi się.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie bój się! Najprościej mówiąc: jeśli ktoś już to zrobił, to znaczy, że można, wiec i Ty możesz! Warto, bo takie doświadczenie wzbogaci Twoje życie na zawsze!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5462473877702160492-216811819386300738?l=micwasik.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://micwasik.blogspot.com/feeds/216811819386300738/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://micwasik.blogspot.com/2011/03/jakis-czas-po-wwwcareerbreakpl.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5462473877702160492/posts/default/216811819386300738'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5462473877702160492/posts/default/216811819386300738'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://micwasik.blogspot.com/2011/03/jakis-czas-po-wwwcareerbreakpl.html' title='Jakiś czas po… [www.careerbreak.pl]'/><author><name>Michał Wąsik</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02660059989183667266</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-C0St9aYrdWc/TZGoMGJioFI/AAAAAAAAFI4/ECLzc-WIqP8/s72-c/100_2453-1.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5462473877702160492.post-5667458799826057365</id><published>2009-01-24T12:00:00.002+01:00</published><updated>2009-02-02T13:51:21.431+01:00</updated><title type='text'>Tajlandia 10.01.2009 - 24.01.2009</title><content type='html'>&lt;span&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.picasaweb.google.com/micwasik"&gt;&lt;span style=";font-family:Times New Roman;font-size:100%;"  &gt;http://www.picasaweb.google.com/micwasik&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;TAJLANDIA cz. II&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bezpośrednio z Phnom Penh wykupiłem przejazd do Bangkoku, co okazało się dobrym rozwiązaniem (pewnie nawet tańszym niż na własną rękę meczenie się) – 15 USD.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wahałem się na wybrzeżem Kambodży, Ko Chan w Tajlandii, bądź innymi wyspami południa Tajlandii i po rekomendacji spotkanego rodaka zdecydowałem się na &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Ko Pha Ngan&lt;/span&gt;, by moja w sumie roczna podróż zakończyć wakacjami w leniwym stylu. W końcu wyspy są w sumie podobne do siebie i nie ma sensu - moim zdaniem - „zwiedzać” kolejnych wysp. Najlepiej po prostu ulokować się w jednym miejscu i tam korzystać z życia, nie tracąc czasu na transporty (a na wyspach drogie – łódź).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zgodnie w zamysłem uprzednim zakupiłem laptopa w Bangkoku oraz kilka drobiazgów i za 500 THB wykupiłem transport (bus i łódź) na Ko Pha Ngan. Podróż trwa 1,5 dnia i pewnie jest tańsza, a na pewno łatwiejsza niż organizowanie jej na własną rękę. Za bilet powrotny zapłaciłem 50 THB więcej niż w poprzednia stronę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Towarzystwo było przemiłe! Spośród wielu przeuroczych osób (wielu z kursu yogi oraz samych gospodarzy Golden Rock - Mama&amp;amp;Papa ;)) najcieplej wspominam żywy archetyp amerykańskiego luzaka – John Luke oraz anarchistyczna Francuzkę – Carole! ;) Spotkałem tez rodaczkę Anię będącą na kursie instruktorskim wszechobecnej yogi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na Ko Pha Ngan rekomendowany bungalow Golden Rock wynająłem za 140 THB / dzień. Motorek oferował właściciel za 80 THB / dzień (benzyna 20 THB – stacja benzynowa, 35-40 THB „z butelki” na straganach). Sauna 40 THB. W ogóle dość obfita miał ofertę! ;)&lt;br /&gt;Na KPN ku mojemu zdziwieniu brak przeuroczych plaż. Są – ale krótkie – kiepsko się na bieganie nadają. :(&lt;br /&gt;KPN słynie z „księżycowych” imprez. Ja się załapałem na „Half Moon Party”, które to ponoć lepsze jest od najbardziej znanego „Full Moon Party”, które jest wybitnie masowa impreza.&lt;br /&gt;Bywają tez imprezy m.in. w Pirates’ Bar (techno trance). Kosmos – pierwszy i chyba ostatni raz na tak imprezę się wybrałem! ;) Ciekawe miejsce do obserwacji „socjologicznych” – historie jak z filmów...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Super jest spać sobie pod namiotem na plaży, a przed snem wciągnąć z laptopa filmik ;)!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przejażdżka motorem jest sama w sobie fajna atrakcja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie moglem odmówić sobie treningu Muay thai w Thongsala (350 THB, ~ 10 USD).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szczególnie polecana jest szkoła yogi Agama (www.agamayoga.com) . Bylem na wykładzie o seksualności tantrycznej oraz darmowym dniu kursu (normalnie 300 THB / dzień). KPN jest wspaniałym miejscem na stacjonarny wypoczynek oraz kurs np. yogi (cykle miesięczne), muay thai, gotowania, nurkowania, bądź masażu.&lt;br /&gt;Na słoniach można się za „złodziejskie” 400 THB za 1/2 h przejechać (normalnie 200 THB/1h).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Indywidualne treningi na plaży dają dużo radości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Akurat, gdy bylem w miejscach do „snorkelowania” pogoda była kiepska i nie radzili próbować... :(&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W całej Azji Płd.-wsch. masaże są bardzo popularne. Za masaż w Tajlandii na totalnej wsi, wykonywany przez niewidoma kobietę zapłaciłem 100 THB / 1h. W Kambodży – 5 USD, ale miałbym zastrzeżenia, co do jakości, choć było przyjemnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bangkok jest świetnym miejscem na zakupy! Szczególnie rzeczy, pirackie CDs/DVDs i elektronika ;) (Pantrip Plaza)!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Garnitur na miarę uszyje Tobie:&lt;br /&gt;Sak Fashion&lt;br /&gt;127/17 Rajprarop Rd., Makasan&lt;br /&gt;Rajthevi, Bangkok 10400&lt;br /&gt;Tel. 02 248 2858&lt;br /&gt;089 0148895, 086 8204746&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5462473877702160492-5667458799826057365?l=micwasik.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://micwasik.blogspot.com/feeds/5667458799826057365/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://micwasik.blogspot.com/2009/01/tajlandia-10012009-24012009.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5462473877702160492/posts/default/5667458799826057365'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5462473877702160492/posts/default/5667458799826057365'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://micwasik.blogspot.com/2009/01/tajlandia-10012009-24012009.html' title='Tajlandia 10.01.2009 - 24.01.2009'/><author><name>Michał Wąsik</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02660059989183667266</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5462473877702160492.post-5662722440700435805</id><published>2009-01-10T12:00:00.002+01:00</published><updated>2009-02-02T13:49:48.283+01:00</updated><title type='text'>Kambodza 1.01.2009 - 10.01.2009</title><content type='html'>&lt;span&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.picasaweb.google.com/micwasik"&gt;&lt;span style=";font-family:Times New Roman;font-size:100%;"  &gt;http://www.picasaweb.google.com/micwasik&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Termin: 1-10.I.2009&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiza: w Vientiane w Ambasadzie Kambodży. Jeden dzień. 20 USD.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Waluta: riel. 1 USD = 4.000-4.115 KHR.&lt;br /&gt;Bankomaty pobierają pokaźną prowizję za obsługę kart zagranicznych.&lt;br /&gt;Lepiej wymienić USD i płacić w walucie narodowej, szczególnie na ryneczkach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miejsca i ludzie: Z Laosu, Czterech Tysięcy Wysp do Phnom Penh, stolicy. Tam dziele pokój z Joshem, Niemcem. Podczas kolejnego pobytu w stolicy spotykam rodaka – Grzegorza.&lt;br /&gt;Następnie do Siam Reap (Kompleks Świątyń Angkor). Stamtąd  z powrotem do Phnom Penh, by odebrać wizy tajlandzka (35 USD). Bezpośrednio do Bangkoku, Tajlandia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spanie: w Phnom Penh w #10 Guest House, Lakeside (2 USD / 2 os. pokój). Siam Reap pod namiotem (piękne niebo można podziwiać leżąc w namiocie), w samym mieście Garden Village (1 USD / „dormitorium” – łózko z moskitiera pod daszkiem).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedzenie: największą ciekawostką były pieczone pająki, które udało mi się tylko raz “namierzyć” w drodze ze stolicy do Świątyń Angoru. Malutkie dziewczynki kładą na siebie wielkie żywe tarantule, jak maskotki na ramiona;)!&lt;br /&gt;Jadłem tez węża smażonego, ale mało mięsa i trudno się było nim najeść.&lt;br /&gt;„Happy/ecstatic pizza” dostępne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Transport: najwygodniej i możliwe, ze najtaniej jest jednak wykupić transport w agencjach turystycznych. Z Phnom Penh do Siam Reap bilet kosztował mnie 4 USD,  z powrotem 4,25 USD&lt;br /&gt;(17.000 riel) – drożej nieco niż w druga stronę. Bilet do Bangkoku 15 USD.&lt;br /&gt;Kierowcy tuk tuków są mega meczący... Ile razy można mówić „nie, dziękuje”?!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Phnom Penh.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Można znaleźć bardzo przystępne zakwaterowanie, w “cool” "backpackerskim" stylu. Nieco dekadenckie jest, meczą niekończące się oferty zakupu narkotyków, bądź seksu za pieniądze...&lt;br /&gt;W guest housie jest za to muzyczka przyjemna, możliwość oglądania DVD (jeśli akurat nie jest popsute, jak to miało miejsce, gdy ja tam bylem).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Muzeum Ludobójstwa - Tuol Sleng - jest dość dramatycznym przeżyciem (2 USD)...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Muzeum Narodowe (3 USD), potwierdza regule, ze warto w stolicy takowe odwiedzić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pałac Królewski i Srebrna Pagoda (25.000 riel) w porównaniu z Bangkokiem wypadają dość blado i drogo...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Świetne miejsce do robienia zakupów: są przynajmniej trzy porządne targowiska (Russian Market, Central Market, O Russei Market). DVDs/CDs 2,5/1,5 USD, choć pirackie wersje programów nie zawsze są dobrze „scrackowane”. Udało mi się nabyć świetny plecak „deuter” 50l za 20 USD. Polecam! J&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trafiłem dość przypadkowo w niedziele na „msze” do kościoła, jak się później okazało – Metodystów (ICF). Bardzo interesujące doświadczenie. Respect.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tradycyjnie warto wypożyczyć rower, by się poruszać po mieście (1 USD / dzień).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Załapałem się tez na masaż, ale miałem wrażenie, ze przyjemny – owszem – był, ale chyba mało profesjonalny. Ten w Tajlandii bardziej mi przypadł do gustu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Siam Reap.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Samo miasto strasznie turystyczne. Ja od razu wypożyczam rower („rzęch” 4 USD/3 dni) i z namiotem udałem się na zwiedzanie świątyń. Był to świetny pomysł. Świątynie są od siebie oddalone czasem o kilkadziesiąt kilometrów. Przejażdżka rowerem jest przemiłym przerywnikiem miedzy jednymi a kolejnymi ruinami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czasem chcą depozytu i zostawienia paszportu przy wypożyczeniu roweru. Najlepiej od razu wyjaśnić sytuacje, by nie było niemiłych zaskoczeń po np. godzinnym doprowadzaniu roweru do stanu używalności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kompleks Świątyń Angkoru jest zachwycający. Ja wykupiłem bilet na trzy dni (40 USD). Lepiej płacić w USD, bo maja straszny przelicznik na riele.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwszego dnia wstałem na wschód słońca w Angkor Wat. Moje trzydniowe zwiedzanie zakończyłem zachodem słońca w tymże miejscu – uroczo, choć o intymności i mistycznych przeżyciach dzięki innym turystom paradoksalnie pragnącym tego samego można zapomnieć. Policja turystyczna pozwoliła mi się rozbić na ich terenie zaraz przy kasach.&lt;br /&gt;Drugi dzień poświeciłem na obejrzenie najdalej wysuniętych na północ w mojej trasie ruin Kbal Spean (głownie płaskorzeźby w/przy korycie rzeki), a także wielce interesujące Muzeum Min Lądowych pana Aki Ra (po drodze, 1 USD).&lt;br /&gt;Ostatni dzień przypadł na Roluos Group. Przemiło było, gdy jadąc przez wioskę naprawdę każde dziecko pozdrawia mówiąc „hello”! J&lt;br /&gt;Milo, ze „miejsca, gdzie król chodzi pieszo” są czyściutkie i jest ich stosunkowo wiele.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest prawda, co słyszy się od innych turystów, ze w Kambodży jest wiele kalek, żebraków. Mimo to dla mnie Kambodża była miłym zaskoczeniem. Ludzie w większości byli przyjaźni i uśmiechnięci. Należy uważać na wątpliwej jakości „zaloty” prostytutek próbujących chwycić za przyrodzenie pragnąc zdobyć klientów...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kierowcy tuk tuków są straszni...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;SERVAS w Azji Płd.-wsch. To totalna porażka...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Internet 1.500-2.000 KHR/ 1h.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5462473877702160492-5662722440700435805?l=micwasik.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://micwasik.blogspot.com/feeds/5662722440700435805/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://micwasik.blogspot.com/2009/01/kambodza-1012009-10012009.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5462473877702160492/posts/default/5662722440700435805'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5462473877702160492/posts/default/5662722440700435805'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://micwasik.blogspot.com/2009/01/kambodza-1012009-10012009.html' title='Kambodza 1.01.2009 - 10.01.2009'/><author><name>Michał Wąsik</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02660059989183667266</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5462473877702160492.post-5759241053187825037</id><published>2009-01-01T12:00:00.004+01:00</published><updated>2009-02-02T13:47:57.640+01:00</updated><title type='text'>Laos 15.12.2008 - 1.01.2009</title><content type='html'>&lt;span&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.picasaweb.google.com/micwasik"&gt;&lt;span style=";font-family:Times New Roman;font-size:100%;"  &gt;http://www.picasaweb.google.com/micwasik&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;LAOS&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Termin: 15.XII.2008 – 01.I.2009.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiza: 30 USD na granicy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Waluta: kip. 1 USD = 8.500 LAK.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miejsca i ludzie: przekroczyłem granice Chiang Khong (Tajlandia, północny-wschód) / Huay Xai (Laos). Spotkałem tam Craiga, Anglika, znajomego z Chiang Mai. Az do Vientiane podróżowaliśmy razem po Laosie. Z Huay Xai udałem się w rejs po Mekongu, który trwał dwa dni (z noclegiem w Pakbeng, gdzie dobiłem do „trzydziestki” ;)). Miejscem docelowym był Luang Prabang (u armatora 920 THB lub 220.000 LAK, ~ 85 PLN). Zdecydowaliśmy się z Craigiem na treking na północy Laosu, miedzy innymi kuszeni wizja spotkania mniejszości etnicznych – plemion górskich. Z Luang Prabang udaliśmy się do Luang Nam Tha (autostop nie działa w Laosie – dajcie sobie spokój – szkoda czasu i może się trafić, ze „dobrodziej” zażąda zapłaty wyższej niż za publiczny autobus. Nie trzeba płacić oczywiście, ale jakoś nieprzyjemnie zaś...). Z Luang Nam Tha pojechaliśmy do Muang Sing (bardzo zimno w nocy). W autobusie spotkaliśmy Anglika Adama i Francuzkę Karen. Na północ od Muang Sing odbyliśmy treking po okolicznych wioskach. Z Muang Sing ta sama droga wróciliśmy do Luang Prabang, skąd udaliśmy się do Vang Vieng. Stamtąd do stolicy – Vientiane, gdzie spędziliśmy Święta Bożego Narodzenia i rozstaliśmy się z Craigiem (musiał odebrać chińską wizę w Luang Prabang). Ja udałem się do Pakse, gdzie miałem nadzieje na kolejny trekking w nieco cieplejszym klimacie. Następnie udałem się bezpośrednio na Cztery Tysiące Wysp (Four Thousand Islands), gdzie obchodziłem Nowy Rok z Alonem i Aronem (Izrael). Granice przekraczałem na południu Laosu kupując bilet na wyspach bezpośrednio do Phnom Penh, Kambodża (12 USD, choć można za 11 USD).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spanie: ze względu na towarzysza (dzielenie kosztów noclegu na dwóch) oraz cenowa dostępność guest house'ów, a także skuteczne negocjacje cenowe korzystaliśmy z bazy noclegowej, raz jeden z namiotu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedzenie: zasadniczo z mojego doświadczenia żarełko podobne do tajlandzkiego, choć najtańszy uliczny posiłek minimalnie droższy od tego w Tajlandii. Lepki ryz (sticky rice) w bambusie był ciekawostka oraz sandwiche w Luang Prabang (10=&gt;8.000 LAK – kip = nieco mniej niż 1 USD).&lt;br /&gt;Na Cztery Tysiące Wysp ryneczkowe jedzenie jest dość rzadkie i często korzysta się z restauracji, gdzie oczywiście ceny są nieco wyższe.&lt;br /&gt;Już w Pakbeng można się natknąć na pieczone szczury J!&lt;br /&gt;Beer Lao jest kultowym napitkiem – jak na piwo nawet dobre (pewnie piwosze mnie przeklną ;))!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Transport: daj sobie spokój ze stopem. Bus publiczny – uwaga! W większości przypadków głównie rano wyjeżdżają i mimo tego, ze Laos jest stosunkowo nieduży podróż trwa wieki i publiczne autobusy są mało komfortowe. Ku mojemu zdziwieniu chyba jednak czasem taniej wychodzi rezerwowanie przejazdów w „hubach” turystycznych. Mila rzeczą jest, ze w cenę jest wliczony dowóz do np. dworca autobusowego.&lt;br /&gt;Laotańczycy kiepsko znoszą jazdę autobusem – haftują jak najęci! ;) Jak masz pecha to załapiesz się na „kwadrofonie” – sound effecty z czterech stron ;)!&lt;br /&gt;Nie jest rzadkością karmienie piersią w „marszrutce” – bez krępacji;)!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Huay Xai.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;To miejsce się tylko mija – tranzyt.&lt;br /&gt;Bilety na szybka / wolna łódź (speed / slow boat) można kupić po obu stronach granicy. Taniej jest oczywiście w Laosie, choć różnica miedzy agencja a bezpośrednim przewoźnikiem jest naprawdę niewielka.&lt;br /&gt;Do przystani jest naprawdę niedaleko – 10 min. Można - nie trzeba - brać tuk tuka.&lt;br /&gt;Kantor na granicy oferował najlepszy kurs wymiany USD na kipy na jaki trafiłem w Laosie, wiec jeśli ktoś chce wymieniać pieniążki to właśnie tutaj. Ponadto bankomaty są ogólnodostępne (chyba, ze się akurat popsuja, jak nas trafiło w Luang Prabang ;)).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Pakbeng.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Kolejne miasto wyłącznie noclegowo-tranzytowe. O 22-ej koniec elektryczności / prądu. Fajny klimat oglądać ludków siedzących przy świecach w domach ;)!&lt;br /&gt;Rejs po Mekongu jest naprawdę miły i obawiałem się, ze zanudzę się na śmierć, a jednak podróż minęła bardzo przyjemnie i wysiadając w Luang Prabang miało się odczucie: „Co?! To już jesteśmy?!” ;). Lodka jest w 95% wypełniona farangami (południowo-wschodnimi „gringo” ;)).&lt;br /&gt;Można wykupić łódkę tylko do Pakbeng i tam przesiąść się na autobus jadący na północ, jeśli komuś droga akurat tamtędy wypada. W sumie byłoby to bardziej optymalne rozwiązanie ze strony logistycznej, ale sam rejs był przygoda sama w sobie, wiec nie żałuje J.&lt;br /&gt;Restauracje serwują muzyczkę pod publikę zachodnia: Manu Chao, Bobby, Jack Johnson. Tak właśnie swa „trzydziestkę” spędziłem J!&lt;br /&gt;Miłym wydarzeniem było spotkanie przeuroczej Polki na łódce, która z zawodu jest przewodnikiem, a właśnie odbywała samotna podróż po Azji Południowo-wschodniej&lt;br /&gt;(mimo - jakby to ująć... sporego doświadczenia ;)?!).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Luang Prabang&lt;/span&gt; (UNESCO).&lt;br /&gt;Bardzo przyjemne miasto, mimo, ze najbardziej turystyczne z całego Laosu.&lt;br /&gt;Dobra jakość, ale raczej drogie noclegi (50-70.000 LAK, ~ 6-8 USD za dwójkę).&lt;br /&gt;Szczególnie polecam Seng Phet Guest House – darmowe banany i kawa/herbata J!&lt;br /&gt;Bardzo ładne souveniry (udało nam się wynegocjować za dwa kangurki 90.000 LAK, ~ 4 USD / szt., ale nie było rozmiarów L), nocny ryneczek ze smakołykami (kanapeczki, bufet wegetariański i nie tylko, naturalne soki owocowe).&lt;br /&gt;Miasto słynne jest w mnogości watów (świątyń buddyjskich).&lt;br /&gt;Polecam Wat Xieng Thong (20.000 LAK, ~ 2,5 USD).&lt;br /&gt;Można faktycznie (choć w Chiang Mai nie było to rzadkością) zobaczyć mnichów wychodzących rankiem po jedzenie (zywia się tym, co im ludzie dadzą, a idea jest taka, ze to właśnie mnisi „robią łaskę” ludziom, ze pozwalają się obdarować, czym to wierni zyskują „dobry uczynek” – mnie tez w sumie mogliby obdarować czasem ;) – co się zdarzało de facto J!&lt;br /&gt;Po małym przesycie watów udaliśmy się na wycieczkę (wraz z Suranga z Kanady / Sri Lanki) do jaskini Pak Ow (50.000 LAK – droga, jak za wyłącznie spływ lodka). Po drodze wysadzają w wiosce, gdzie czerpie się papier „sa” naturalnymi metodami oraz kolejnej wiosce, gdzie robią whisky oraz tkają. Ponadto należy uiścić opłatę za wejście do jaskiń, które kryją mnóstwo posagów Buddy (20.000 LAK).&lt;br /&gt;Należy uważać, bo czasem jak autobus jest pełen może odjechać np. 3h przed planowanym odjazdem... Nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło: próbując mimo wszystko stopować (bezskutecznie) widzieliśmy kolesi paradujących z kałachami (AK-47) po drodze...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Luang Nam Tha.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;7.500 LAK, ~ nieco mniej niż 1 USD tuk tuk do miasta (~ 14km).&lt;br /&gt;Miejsce, które słynie z możliwości „podglądania” mniejszości etnicznych. My wypożyczyliśmy rowery (co było super pomysłem) i zrobiliśmy sobie przejażdżkę po okolicy – bomba! Rankiem można „podejrzeć” np. stare kobiety palące pewnikiem opium z fajek.&lt;br /&gt;Robiłem zdjęcia map wszędzie, gdzie się dało (inf. turystyczna, agencje turyst.), ale jakość topografii jest bardzo słaba. Często są to mapy odręczne i maja charakter wyłącznie poglądowy – nie można na ich podstawie wybrać się na treking.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Muang Sing.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Jedno z miast najbardziej wysuniętych na północ, podobnie jak Luang Nam Tha szczycące się bogactwem mniejszości etnicznych. Agencje turystyczne oferują wiele trekkingów, z możliwością nocowanie u rodziny (2 dni za 300.000 LAK, ~ 25 USD), co wydaje mi się kolejna ściema, ze to niby autentyk – jak może być oryginalnym przeżyciem coś, co ci ludzie robią na co dzień? Mniejszości etniczne można zobaczyć choćby na targu w samym mieście (kobiety w etnicznych strojach, z tradycyjnymi fryzurami). My zrobiliśmy sobie trek indywidualny – miał być dłuższy, ale w ciągu jednego dnia zobaczyliśmy dość i z opinii osób, które były dłużej zobaczyliśmy wszystko, co było do zobaczenia (np. już po raz wtóry kobiety kąpiące się w sarongach w rzece, tym razem nawet topless ;) – choć ze względu na ich wiek raczej nie było na co patrzeć ;)). Naprawdę niskie temperatury nocą nie zachęcają tez do spania pod namiotem. Z „highlightow” niezapomnianym przeżyciem było przedzieranie się przez dżungle (łatwo zgubić szlak/ścieżkę) i się zgubić. Widzieliśmy myśliwego ze strzelba na polowaniu. Z ciekawostek: wioski maja swego rodzaju bramy chroniące wioskę przed złymi duchami (nie należy jej dotykać). Z niemiłych doświadczeń dzieci żebrają w wioskach i raczej nawet nie chce się robić zdjęć, bo człowiek czuje się intruzem w czyimś domu... Jako kontrargument zaproszono nas na imprezę w środku dnia (Akha akurat Nowy Rok obchodzili) i poczęstowano nas jadłem i napitkiem (lao lao – samogon ichni – cieniasy zachodnioeuropejskie nie mogli przełknąć ;)) J! Rękodzieło jest raczej wątpliwej jakości i wciąż ma się wrażenie, ze „lokalsi” widza w turyście wyłącznie USD...&lt;br /&gt;Ogólnie Muang Sing to dolina – o 22-ej prawie brak ludzi na ulicach i tylko nieliczne restauracje jeszcze są otwarte. No i oczywiście MEGA zimno...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mini-przygoda. Ponieważ Muang Sing jest – jak już wspomniałem - mega depresyjne, chcieliśmy się za wszelka cenę stamtąd wydostać. Autobusy już odjechały, stop oczywiście nie działał, nawet w wacie nie pozwolili nam rozbić namiotu / przespać się. Przy pomocy Phrasebooka Lonely Planet dopytaliśmy się o „accomodation” i trafilismy na nasz najlepszy nocleg za oferowaną cenę (60=&gt;30.000 LAK, ~ 2,5 USD / dwojka). Super elegancko, czyściutko – tip top, a na dodatek super pyszne jedzenie pod nosem. Z powodu opóźnienia kelnerskiego bonusowo zaserwowano nam gratis sandwiche, co zakwalifikowało się (sic! ;)) na napiwek J! Polecam: Tinthard, przy drodze do pagody - Chiang Tung G.H., Phou That Lodge.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Vang Vieng.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Szkoda, ze się na Boże Narodzenie do Vientiane spieszyliśmy (gdzie jest kościół katolicki), można spokojnie milo z 2-3 dni tam spędzić.&lt;br /&gt;Vang Vieng słynie z tubingu – spływu rzeka na oponie, czego my nie zdarzyliśmy zrobić (55.000 LAK, ~ 5 USD).&lt;br /&gt;Wypożyczyliśmy natomiast rowery (15.000 LAK, ~ 1,5 USD) i mieliśmy super przejażdżkę połączoną ze zwiedzaniem jaskiń oraz kąpielą w Blue Lagoon.&lt;br /&gt;W mieście serwują turystom telewizyjnie „Przyjaciół” i „Simpsonów” w restauracjach.&lt;br /&gt;Wieczorami musowym punktem programu jest wybranie się na imprezę, z muza zachodnia oraz słynnymi „bucketami”, czyli wiaderkami z napitkami alkoholowymi (10.000 LAK, ~ nieco więcej niż 1 USD).&lt;br /&gt;Okolica jest naprawdę śliczna, a zabytków zero – i ok! J&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Vientiane.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Większość osób jest rozczarowana stolica – mnie się całkiem podobała. Jak na największe miasto kraju jest naprawę spokojna i „tyci”. Istnieje możliwość skorzystania z atrakcji wielkomiejskich np. ryneczków i sklepów. Na długą podróż do Pakse przezornie zakupilem (przepłacilem) mp3-playera – taki prezent gwiazdkowy ;)!&lt;br /&gt;Boże Narodzenie z msza prowadzona przez Azjatę w trzech językach (lub czterech – wietnamskiego nie rozpoznaje) w kościele katolickim było także miłym przeżyciem (wcześniej „międzynarodowa” spowiedź J). Pamiętać należy, ze mimo wszystko Laos jest komunistycznym krajem (mimo nazwy LDPR – Lao Democratic Peoples Republic) i kościół boryka się z problemami, wiec – ku naszemu zaskoczeniu i rozczarowaniu – nawet nie mogliśmy rozbić namiotu w pobliżu kościoła... No cóż...&lt;br /&gt;Po późnej mszy (o 20.30) zanim dotarliśmy do miasta, już prawie wszystko było zamknięte. Wigilijna kolacje zjedliśmy na ulicy! J Poprawiny były dnia następnego w Indyjskiej knajpie w samym centrum miasta – bardzo burżujsko – obsługi więcej niż gości ;)! Chicken tikka i masala (170.000 LAK, ~ 15 USD / 2 os.).&lt;br /&gt;Pięknym przeżyciem było spotkanie dwóch przemiłych rodaków – Paweł &amp;amp; Irek -  mieszkających w stolicy Laosu, oraz spędzenie w nimi kolejnych dni Świąt. Wykazali się iście polska gościnnością i szczodrością. Pięknie! J&lt;br /&gt;Ogólnie noclegi drogie. Nam udało się znaleźć „norę” bez okien za 50.000 LAK, ~ 4 USD i często maja „full”.&lt;br /&gt;Śmiesznostka: gdy szukaliśmy miejsca na namiot, trafiliśmy na gościa, który nas uprzedził z hamakiem w środku miasta, na skwerku zieleni ;)!&lt;br /&gt;Czekając na wizę kambodżańską udałem się do Buddha Park (5.000 LAK, ~ 0,5 USD + ew. za aparat). Autobus nr 14 z Morning Market (5.000 LAK, ~ 0,5 USD). Zbiorowisko współczesnych rzeźb buddyjskich i hinduistycznych – taki „freak of nature”! ;)&lt;br /&gt;Zawsze warto zorientować się, co akurat się dzieje z „eventow” – czasem można dobrze trafić. Ja akurat minąłem zawody boksu laotańskiego L.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Pakse.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Wbrew wcześniejszym planom trekkingowym szybko opuściłem to miejsce ze względu na brak dostatecznej informacji, choć można ponoć pożyczyć motorek i zwiedzać okolice: wodospady, wioseczki (Bolaven Plateau).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Cztery Tysiące Wysp.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Kieruj się na Ban Nakasang. Piękne miejsce – moje ulubione po Vang Vieng. W rzeczywistości trzy wyspy są dostępne dla turystów. Największa, najbardziej turystyczna z oczywistych powodów kwalifikuje się po „skipniecia”. Don Det i Don Khon są milutkie – bungalowy przy Mekongu, spokój raczej. Elektryczność jest 4h dziennie (18-22), zaś cisza.&lt;br /&gt;Sylwester był moim najkrótszym w życiu, bo o 1-ej nastąpił koniec muzyki... Party darmowe było na plażyczce, z muzyką, ogniskiem, poikami (firestarter).&lt;br /&gt;Na Don Khon, gdzie nocowałem są naprawdę śliczne wodospady (Kon Lyphy, Khone Somphamid).&lt;br /&gt;Z tymi delfinami słodkowodnymi to ponoć gra nie warta świeczki – jest ich mniej niż 10 i zobaczyć można wyłącznie z daleka, jeśli akurat pora odpowiednia (sucha, miesiąc III/IV) oraz pora dnia tez (rano i wieczorem).&lt;br /&gt;Jeden minus, ze nie można raczej pływać w Mekongu. Wszystko jest: wyspa, słonce, woda, ale bez możliwości kąpieli... :(&lt;br /&gt;Warto wykupić przejazd do Kambodży na miejscu – nawet nie wiem, czy nie wyszło taniej, a na pewno sprawniej i mniej stresowo. Polecam tak uczynić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na granicy Laotańczycy kasują 2 USD za „nic” (pieczątkę wyjazdowa). Bylem w takim szoku i wszystko działo się tak szybko, ze „zabuliłem”. Khmerowie żądają 1 USD i tu wykazałem się bystrością umysłu i już nie dałem się oskubać – po prostu trzeba być zdecydowanym i obstawać przy swoim – nie place i już! Najpierw kręcili nosem, a zaś stwierdzili „ no dobra, tylko idź szybo!” (żeby inni nie widzieli).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ogólne wrażenie: wszystko, co napisze Lonely Planet do czasu wydania jest już nieaktualne... Przynajmniej jeśli chodzi o klimat i atmosferę Laosu. Miało być nie wiadomo jak milo, wszyscy uśmiechnięci, brak rzesz turystów, tanio itd. Już nie – może kiedyś... Często Laotańczycy nawet się nie „odsmiechuja... L&lt;br /&gt;W Laosie zabudowa raczej bambusowa, ale jeden z kierowców tuk tuka zabrał nas do domu i ku naszemu zaskoczeniu TV&amp;amp;DVD na klepichu stoi ;)!&lt;br /&gt;Nie jest rzadkością ujrzeć buddyjskiego mnicha kurzącego fajurę ;)! („Nasi tez pala fujary ;)).&lt;br /&gt;Trudno by zezwolili się gdziekolwiek rozbić – nie pozwalają. Tajlandia pod tym względem jest wiele bardziej przyjemna.&lt;br /&gt;Informacja turystyczna w Vientiane (stolica) – beznadziejna... Trafiliśmy akurat na starego pryka, co tylko po francusku mówił i nawet nie pozwolił zostawić plecaków – skandal...&lt;br /&gt;Na dodatek jak na złość nie Laotańczyk, jeno Angol pewnikiem jakiś w restauracji mnie źle skasował L - no cóż był sylwester, wiec odpuściłem...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ogromna różnica miedzy podróżowaniem w Ameryce Południowej i tutaj. Tam byliśmy bardziej wyizolowani od „gringos” – tutaj wciąż się dusi w tym samym sosie... Ma to plusy i minusy: człowiek nie czuje się sam, zawsze można z kimś pokonwersować (bo „lokalsi” nie pracujący w turystyce rzadko mówią po dostatecznie dobrze angielsku), z drugiej strony jest to po pewnym czasie meczące – patrzenie na pijanych, głośnych Angoli, w koszulkach Beer Lao, rozbijających się po „zachodnich” knajpach i żłopiących browar gdzie popadnie... Po co jechać aż do Laosu, by się tak zachowywać?! ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Idiotyczna sprawa jest, ze w Laosie dworce autobusowe w większości miast są bardzo daleko za miastem (nie na dystans pieszy). W obliczu powyższego korzystają z tego faktu kierowcy tuk tuków żądając niebotycznych kwot za podwózkę do miasta (np. 10.000 LAK za 15 minut jazdy w porównaniu z biletem autobusowym za 30.000 LAK za 6 godzin podroży). Wniosek: im więcej osób, tym taniej. No i targować się bez skrupułów...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Norma są jaszczurki smykające po suficie, ścianach, karaluchy, pająki w pokoju – no fear ;)!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Narkotyki i „tuk tuk bum bum” łatwo dostępne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Równinę Dzbanów (Plain of Jars) ze względu na ograniczona ilość czasu podarowaliśmy sobie (jeden dzień podróż, jeden zwiedzanie i powrót ta sama droga).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Laosie zasadniczo nie znają koncepcji targowania się – nie chcesz za ta cenę, to nie! ;)&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5462473877702160492-5759241053187825037?l=micwasik.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://micwasik.blogspot.com/feeds/5759241053187825037/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://micwasik.blogspot.com/2009/01/laos-15122008-1012009.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5462473877702160492/posts/default/5759241053187825037'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5462473877702160492/posts/default/5759241053187825037'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://micwasik.blogspot.com/2009/01/laos-15122008-1012009.html' title='Laos 15.12.2008 - 1.01.2009'/><author><name>Michał Wąsik</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02660059989183667266</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5462473877702160492.post-6327250054773913798</id><published>2008-12-15T12:00:00.005+01:00</published><updated>2009-02-02T13:25:11.391+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wąsal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Tajlandia'/><title type='text'>Tajlandia 1-15.XII.2008</title><content type='html'>http://www.picasaweb.google.com/micwasik&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym razem nieco inaczej opisze swe podróże - zamiast formy dziennika spróbuję po prostu w skrócie opisać każdy kraj z podziałem na:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- termin&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- wiza&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- waluta&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- odwiedzone miejsca &amp; ludzie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- spanie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- jedzenie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- transport&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;no i najważniejsze wrażenia :)!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;TAJLANDIA cz. I&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lot z Warszawy do Moskwy trwa dwie godziny. Dalsza część zajmuje 10 godzin z Moskwy do Bangkoku (teoretycznie). Aeroflot życzy sobie 3.000 PLN za ta przyjemność. Podróż powrotna zajęła mi od wstania z podłogi ;) do dotarcia do własnego domu ok. 28 godzin.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miałem wiele szczęścia, ze leciałem do a nie z Tajlandii, ponieważ mnóstwo turystów na skutek zablokowania lotniska w Bangkoku została uwieziona w Tajlandii. Ich sytuacja na lotnisku w U Ta Pao była nie do pozazdroszczenia... L&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Termin: Moja pierwsza część wizyty w Tajlandii miała miejsce miedzy 1-15.XII.2008 (15 dniowa wiza).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiza: Za wizę na lotnisku w U Ta Pao zapłaciłem niestety 40 USD (lub 1.000 THB, ale nie miałem lokalnej waluty).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Waluta: baht. 1 USD = 35 bahtów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miejsca i ludzie: Zacząłem w U Ta Pao, gdzie (zamiast w Bangkoku) mnie wysadził Aeroflot.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następnie pojechałem do Pattaya, gdzie spotkałem się z Kola i jego znajomymi z Rosji. Pojechaliśmy później do Bangkoku. Zaś już sam udałem się do Ayuthaya, następnie Sukhothai. W Chiang Mai spotkałem się z Alla z Rosji i do końca mojego pobytu w Tajlandii podróżowaliśmy razem. W Chiang Mai spotkałem tez Anglika Craiga, z którym oprócz tegoż miasta zwiedziliśmy także Laos (aż do Vientiane podróżowaliśmy razem), gdzie się rozeszły nasze drogi. Z Alla jeździliśmy na stopa dużo, miedzy innymi do Mae Hong Son, Chiang Rai, Chiang Sean, Zloty Trójkąt i Chiang Khong (granica tajlandzko-laotańska).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spanie: Za noclegi nie płaciłem, bo w Pattayi, Bangkoku (Kola) oraz w Chiang Mai (Lucy) znalazłem hostów. Pozostałe noce spędziłem pod namiotem (cieplutko). Namiot zakupiłem na Khao San Rd. za 1.000 THB (całkiem solidny). Można kupić iglo w supermarketach za 500 THB.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedzenie: Tajlandzkie jedzenie jest przepyszne i wielce różnorodne w porównaniu z Laosem i Kambodża. Ryneczki są cudowne! J Głównie żywiłem się na ulicy, czyli zupki makaronowe (noodle soup), smażony ryz (fried rice). Mnóstwo świeżych owoców krojonych lub w shake’ach. W Chiang Mai można skosztować smażonych insektów. Pyszna jest zupa tom yam (ostra). Ogólnie jedzenie jest ostre, a jeśli komuś mało, to na stole znajdziesz zestaw, który sprawi, ze Twoje podniebienie zapłonie ;)! Khao niao – lepki ryz (sticky rice) do każdej potrawy! J Dużo tanich owoców morza (np. pa myk – kalmary, po ang. squit).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Transport: Przemieszczałem się taksówka (450 THB \ 3 os. z U Ta Pao do Pattayi), motorkiem z Pattayi do Bangkoku (po drodze ponoć najdłuższy na świecie wiadukt – 55 km), pociągiem z Bangkoku do Ayuthayi, autobusem z Ayuthayi do Sukhothai i Chiang Mai, a zaś prawie wyłącznie na stopa (w Tajlandii bardzo łatwo, bo dużo pick-upów; można się np. załapać na gitarę na „pace” i przyśpiewywać sobie w rytm wiejącego wiatru) ;)!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Pattaya.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Była raczej miejscem, gdzie zdobyłem informacje dot. dalszej części podroży. Samo miasto nie podobało mi się, mimo kilku miłych chwil w towarzystwie osiadłych tam Rosjan.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miasto słynie głównie z resortów oraz seksturystyki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;”High lightami” był widok na miasto ze wzgórza, pierwsza jazda motorkiem, puszczanie nocą latawców podgrzewanych ciepłym powietrzem, pierwsze świątynie buddyjskie (m.in. 20 km od Pattayi oddalona Anek Kusala Sala – Viharna Sien, 50 THB) z makabrycznymi przedstawieniami kar za grzechy po śmierci oraz świątynia chińska z posagami 19-u stylów kung fu Shaolin.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Bangkok.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najciekawszym wydarzeniem były urodziny króla (5.XII.). Na głównym placu jedzenie i pitku za darmo, Pałac Królewski za darmo (normalnie 300 THB), wieczorem wielka impreza wraz ze sztucznymi ogniami, koncertami, pokazami tańca i muay thai!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kosmicznym akcentem był podkład muzyczny do tajskiego boksu – DJ Tronik z Bełchatówka!!! ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wybrałem się tez na oficjalne zawody muay thai (1.500 THB, słono...) w sali widowiskowej Ratchadamoen Stadium. Fascynujące były okrzyki publiczności za każdym silnie zadanym ciosem, bądź kopnięciem J. Robi się tez w trakcie walk zakłady, ale ich reguły nie są dla mnie jasne... L&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pałac Królewski jest naprawdę śliczny - zapiera dech w piersiach i zwiedzanie jest przyjemne, mimo rzesz turystów. Z ciekawostek: nawet niektórzy chcieli sobie ze mną zdjęcia robić! ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na Khao San Road (mekka „backpackerów” – vide film „The Beach” z Leonardo di Caprio) można kupić legitymacje dziennikarska oraz ISIC za 250 THB, a także certyfikaty TEOFL nieco drożej (choć uczelnie te ponoć weryfikują).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ze świątyń odwiedziłem m.in. Wat Po (Świątynia Leżącego Buddy, 50 THB) i Wat Arun (architektura khmerska, 50 THB).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Ayuthaya.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiele świątyń XIV – XVIIIw. rozrzuconych po mieście – byłej stolicy Tajlandii. Architektura khmersko-Sukhothai. Najlepiej chyba zwiedzić na rowerze, ale jako, ze ja żadnej wypożyczalni znaleźć nie moglem odwiedziłem wszystko "z buta". Fajne, ale za każdą małą rzecz kasują (prawie) i praktycznie tylko z zewnątrz można oglądać, wiec nie zawsze warto płacić ;)! Przy okazji napomknę, ze za bardzo nie sprawdzają, czy ma się bilet czy nie ;)!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Sukhothai (UNESCO).&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Próbowałem się na stopa wydostać z Ayuthayi, ale robiło sięsięciemno i nie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;bardzo wiedziałem, który z 5 pasów mknie w kierunku mojego celu, wiec&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;podróżowałem autobusem (231 THB), a nad ranem przespałem się pod namiotem na&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;dworcu autobusowym. Z praktycznych wskazówek - dworce posiadają toalety&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;publiczne :)!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sukhothai (100 THB miasto wewnętrzne, kasują tyle samo za zewnętrzne, ale sprawdzają tylko w jednym miejscu bilet ;) oraz 10 THB za rower) bardziej mi przypadło do gustu niż Ayuthaya, ponieważ świątynie w sumie podobne do tych z Ayuthaya były rozrzucone jakby po&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;parku, nie po mieście. Tym razem udało mi się wypożyczyć rower (świetny pomysł – zasadniczo wszędzie, gdzie można było, wypożyczałem rower i nigdy nie żałowałem J, 30 THB/dzień) i bardzo milo zwiedziłem co trzeba.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z ciekawostek: zagadnął mnie Taj, gdy sobie wertowałem przewodnik i&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;zagadywał, uczył nieco tajskiego, nieco spłoszony był nie wiedzieć czemu (jeszcze wtedy nie wiedziałem ;)), ale chciałem być miły i kontynuowałem rozmowę, dopóki się nieco już nie przeciągała i w momencie, gdy chciałem się ulotnić, nowo poznany kolega usilnie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;trzymając moja dłoń podana w geście pożegnania wskazywał niecierpliwie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;na toaletę. Na to odrzekłem, ze ja nie muszę i "nara", a on na to&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;próbował mnie druga ręką za "klejnoty" chwycić! Na szczęście kung fu się przydało i druga ręką poczyniłem bloczek ;) i pożegnałem młodzieńca...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No cóż... Tajlandia... Później jeszcze podobnych sytuacji się spotka kilka...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z Sukhothai próbowałem wydostać się stopem i... udało się! Nieco...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jakoś się nie dogadaliśmy po angielsku i moje dobrodziejki zabrały mnie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;do swego domu. Stwierdziłem, ze trzeba skorzystać z nadążającej się okazji, by zobaczyć jak naprawdę żyją Tajowie na wsi. Wizyta okazała się całkiem pouczająca, dowiedziałem się m.in., ze koleżanka pracuje w salonie masażu w Johannesburgu (?) i niektórzy klienci po masażu "chcą czegoś więcej". Była przesympatyczna. W życiu bym nie pomyślał, ze de facto jest prostytutka... Wersja oficjalna dla rodziców jest, ze pracuje w butiku. Jakoś chyba zawiedziona moja postawa była, bo proponowała, ze koleżankę przyprowadzi, jak ona mi się nie podoba... Milo było: napiłem się z tata tajskiej whisky, byliśmy na kolacji, poznałem cala rodzinę, dostałem ksywę „som chai – co ponoć znaczy „dobry chłopak” i raniutko zabrała mnie na masaż przez niewidoma kobietę robiony (100 THB) i wsadziła w autobus do Chiang Mai (175 THB).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Chiang Mai.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od razu pojechałem do Wat Phra That Doi Suthep na wzgorzu. RozposcieraRozposciera się z niego piękna&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;panorama. Rano oraz o 18-ej odbywa się codziennie interesująca ceremonia. Było późno i udało się zostać na noc w klasztorze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przypomniała mi się Vipassana – w Tajlandii kursy medytacji są bardzo popularne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następnego dnia spotkałem się z Alla i ruszyliśmy robić „pętlę” na stopa przez Mae Sariang, Mae Hong Son i Pai.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Mae Hong Son.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odwiedziliśmy wioskę „długoszyich i wielkouchych” Karen (250 THB) – Huay Soa Toa. W sumie mam mieszane uczucia... Są to uchodzcy z Birmy, żyjący bez wielu praw w Tajlandii. Oplata zawiera zwiedzanie wioski, czyli po prostu przechadzkę po bazarze, gdzie sprzedawcy występują w strojach ludowych. Naprawdę (to&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ciekawe) można spotkać i zrobić fotki np. paniom z pocztówek, które to pocztówki są dostępne w całej Tajlandii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ze śmiesznostek: próbowaliśmy się po zmierzchu wydostać w stronę Pai na stopa i kilka aut zaoferowało nam podwózkę, tyle, ze gdy po raz trzeci na skutek niedogadania się (?) wylądowaliśmy na dworcu autobusowym, stwierdziliśmy, ze takie nasze przeznaczenie i zostaliśmy na noc w Mae Hong Son ;)!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Pai.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najcieplej wspominam właśnie to miejsce z całej północnej Tajlandii. W&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;sumie nic szczególnego tam nie ma, poza możliwością spacerów, ale klimat&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;jest super! Mnóstwo „backpackerów”, a także o dziwo samych Tajów. Miasto&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;żyje wieczorem. Najlepiej, ze trafiliśmy do "Reggae Place", z koncertem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;reggea'owym no i wszystkim, co sie z tym łączy ;). Ludzie byli tak mili, ze&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;pozwolili nam rozbić namiot na terenie knajpy po zakończeniu imprezy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bucket (czyli wiadro drinka) kosztuje 250 THB. Inne atrakcje 500 THB (dużo).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Chiang Mai.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bardzo turystyczne miasto z licznymi watami. Zapoznaje tu u Lucy (CS) Craiga i rozkoszujemy się m.in. ulicznym jedzeniem :)!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Można się wybrać na trzydniowy trekking za 1.200 THB (taniocha).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Chiang Rai.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie zachwyciło - watów już do tej pory się naogladalim, a i tak nie było ich ani zbyt dużo, ani powalające nie były.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niesamowity jednak jest nowoczesny wat ok. 20 km przez Chiang Rai – białosrebrny – cudowny naprawdę! J&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Chiang Sean.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po zwiedzeniu Ayutthayi jawi się marna jej imitacja – świątynie mniejsze i bardziej zniszczone, w gorszym stanie. Muzeum w remoncie przez kilka miesięcy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Złoty Trójkąt.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potrójna granica Tajlandii, Birmy i Laosu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Malowniczy zakątek świata nad rzeka, na która spogląda skąpany w słońcu posag Buddy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poza tym mnóstwo kramów z pamiątkami oraz arcyciekawe Hall of Opium (300 THB – słono, ale warto) ukazujący historie upraw maku, produkcji heroiny, rodzaje narkotyków, historie wojen opiumowych itp.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Chiang Khong.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miasto graniczne, na jedna noc ok. Fajny opuszczony dom znaleźliśmy przy rzece, gdzie na werandzie rozbiliśmy namiot. Przyszedł Taj i powiedział, że wszystko ok i obok jest wolny namiot 3 os. i też jak chcemy możemy tam spać - bomba ;)! Zachody słońca nad Mekongiem – pełna magia! J W Chiang Khong przekracza się granice do Laosu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pragnę zaznaczyć, ze Tajowie wielce są pomocni, z mojego doświadczenia bardziej niż Laotańczycy. Przejawiało się to głownie bezproblemowym zezwalaniem na rozbicie namiotu (np. przy urzędzie miasta ;)), bądź przechowaniu bagażu, co w Laosie wcale nie było takie łatwe... Często policja pomagała nam złapać stopa do miejsca, gdzie się akurat udawaliśmy! J Wielkie dzięki – kahp koon khap J!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tajlandia ma świetną siec dróg – bardzo dobra jakość. Wszystko jest łatwe, przyjemne i bezproblemowe, a szczególnie podróżowanie :)!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5462473877702160492-6327250054773913798?l=micwasik.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://micwasik.blogspot.com/feeds/6327250054773913798/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://micwasik.blogspot.com/2009/01/tajlandia-1-15xii2008.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5462473877702160492/posts/default/6327250054773913798'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5462473877702160492/posts/default/6327250054773913798'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://micwasik.blogspot.com/2009/01/tajlandia-1-15xii2008.html' title='Tajlandia 1-15.XII.2008'/><author><name>Michał Wąsik</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02660059989183667266</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5462473877702160492.post-5399321179316089037</id><published>2008-09-30T13:00:00.000+02:00</published><updated>2009-01-26T07:34:01.821+01:00</updated><title type='text'>Around South America II-IX.2008</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;a style="font-family: arial;" href="http://www.aroundsouthamerica.eu/"&gt;www.aroundsouthamerica.eu&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://http//www.picasaweb.google.com/aroundsouthamerica"&gt;&lt;span style=";font-family:arial;font-size:100%;"  &gt;http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5462473877702160492-5399321179316089037?l=micwasik.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://micwasik.blogspot.com/feeds/5399321179316089037/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://micwasik.blogspot.com/2009/01/around-south-america-ii-ix2008.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5462473877702160492/posts/default/5399321179316089037'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5462473877702160492/posts/default/5399321179316089037'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://micwasik.blogspot.com/2009/01/around-south-america-ii-ix2008.html' title='Around South America II-IX.2008'/><author><name>Michał Wąsik</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02660059989183667266</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5462473877702160492.post-1619912486770822965</id><published>2007-10-09T12:23:00.000+02:00</published><updated>2007-10-09T12:24:40.657+02:00</updated><title type='text'>Wyprawa do Chin 2007</title><content type='html'>Czas wyprawy: 21.07 - 18.08.2007 (ok. 4 tyg.)&lt;br /&gt;Uczestnicy: Krzysztof Heimann, Maurycy Sarosiek, Michał Wąsik&lt;br /&gt;Całkowity koszt na osobę: ok. 650 USD +&lt;br /&gt;+ samolot ok. 2.200 PLN (Moskwa – Shanghai - 6854 km) +&lt;br /&gt;+ szczepienia ok. 350 PLN + ubezpieczenie ok. 120 PLN&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;P – osobiste&lt;br /&gt;O – organizacyjne&lt;br /&gt;I - info&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;21-07-07 (sob.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wylot z Wa-wy 16.05 – przylot Moskwa 20.05 (2h) SU462 (dają drinki w LOT ;))&lt;br /&gt;Moskwa 21.30 – Shanghai 10.10 (8.40h, dnia nast.) SU527&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;22-07-07 (niedz.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Shanghai – jesteśmy na lotnisku po 10:00. Moskwa – Shanghai – 6854km! Niestety naszych bagaży brak... L Zgłaszamy zaginiecie i cierpliwie liczymy, że dotrą – co nam innego pozostaje ;)?!&lt;br /&gt;Po wyjściu z lotniska mimo zadaszonego terenu - odczuwamy temperaturę i wilgoć...&lt;br /&gt;O: za wymianę waluty prowizje sobie na lotnisku śpiewają 50Y... Zasadniczo pieniądze się wymienia w Bank of China. Kurs 100USD – ok. 750Y.&lt;br /&gt;O: autobus #5 do Peoples’ Square (16Y).&lt;br /&gt;Przez park można przejść do Bund (wieżowce w stylu europejskim z lat 20-30 XIX w., promenada przy rzece, m.in. Perła Orientu, mnóstwo ludzi).&lt;br /&gt;Z zaobserwowanych ciekawostek: rękawice motorowe przymocowane na stale do kierownicy; rower z przyspawanym grillem (a może grill z rowerem ;)); „nakładki” od łokcia do dłoni (rękawy).&lt;br /&gt;Przechodzimy przez Nanjing Street – deptak, centra handlowe. Oferują nam zegarków, t-shirtów, butów bez liku ;)!&lt;br /&gt;Z ciekawostek gastronomicznych ulicznych: melony, arbuzy i ośmiorniczki na patyku J!&lt;br /&gt;O: nie da się wysłać smsów z polskiej na chińską komórkę. W ogóle w większości przypadków nie można dzwonić z chińskiej komórki za granicę...&lt;br /&gt;Karta telefoniczna kosztowała nas 100Y (ze 130Y utargowane). W tym ok. 50 RMB na rozmowy.&lt;br /&gt;I: Koszt samolotu z Shanghai do Chengdu – 1.420Y.&lt;br /&gt;Zwiedzamy park niedaleko Buntu. W stawach pływają sobie czerwone rybki w dużych ilościach, które ludzie dokarmiają J!&lt;br /&gt;Stare Miasto (Yu Yuan) – odnowione (jak prawie wszystko w Chinach, jak się później okazało), wraz z ogrodami. Nie weszliśmy do środka, bo spóźniliśmy się (wstęp do 17:00).&lt;br /&gt;Trzeba się przebijać przez tłumy ludzi. Przechodząc 10m jest się na 100 zdjęciach ;)!&lt;br /&gt;O: metro kosztuje 3Y.&lt;br /&gt;Jedziemy na kolacje do Hunan Restaurant: ostrygi na ostro, żeberka jednako, jabłka w karmelu, bakłażany, kurczak z orzechami, piwo TsingTao (ponoć jedyne eksportowe).&lt;br /&gt;I: Chińczycy w upal piją wrzątek. Chłodzone napoje to stosunkowa nowość...&lt;br /&gt;O: Shanghai Taxi – taryfa początkowa 12Y, w tym 5 km jazdy.&lt;br /&gt;Zaś udajemy się na piwko do Capitan Hostel – piękny widok na Bund z dachu. Piwo 30-40Y.&lt;br /&gt;Pięknie podświetlony – ogólnie wiele rzeczy w Chinach lepiej wygląda nocą w świetle lampek ;)!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;23-07-07 (pon.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kochana Kasia pożyczyła nam rowery i wielką frajdę sprawiło nam poruszanie się w szalonym ruchu drogowym Shanghaiu! J&lt;br /&gt;Odwiedziliśmy Świątynię Nefrytowego Buddy (20Y świątynia + 10Y za samego Buddę). Dla chętnych jeszcze 10Y za muzeum – my sobie darowaliśmy…&lt;br /&gt;O: Uwaga! Czasem zdarza się tak, że płaci się wejście do jakiegoś kompleksu, a zaś trzeba jeszcze za atrakcje wewnątrz dopłacać…&lt;br /&gt;Świątynie – mnisi sprawiają wrażenie wynajętych do pokazów… Są bardzo zadbani, w czystych strojach... Tłumy ludzi czynią skupienie - odpowiednie dla świątyni - wręcz niemożliwym… Brak codziennych obrzędów… Ludzie raczej palą kadzidła, kłaniają się z kadzidłami przy czole na cztery strony świata, ewentualnie padają na kolana zwracając dłonie ku górze przed posagami bóstw.&lt;br /&gt;Świątynia buddyjska składa się najczęściej z kilku pomniejszych budynków i głównej świątyni. Charakterystyczne są dwa bóstwa w głównej swiątyni. Są one zwrócone do siebie plecami. Po bokach są albo 2+2 bóstwa (królowie, jeden dzierży „gitarę” ;)), inny jest agresywny, ciemnoczerwony, kolejny znów prawie czarny...), albo Lohanowie (18), albo inni Buddowie, albo jakby bóstwa wychodzące ze ściany (pewnie kopia tych ze skał/grot/jaskiń). W świątyni nie ma krzeseł, wyłącznie klęczniki. Na krześle, biurku siedzą czasem mnisi i pilnują (bądź śpią). Przed świątynią jest ozdobna konstrukcja na wypalone / palące się kadzidła i coś jeszcze o nieznanym mi przeznaczeniu... ;) Na posągach ludzie zostawiają pieniądze, na ołtarzach jedzenie: owoce, nawet próżniowo pakowane produkty J!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;P: Wracamy do mieszkania Kasi i dzwonimy po bagaże: albo zajęte, albo nikt nie odbiera, albo mówią tylko po chińsku, albo odsyłają pod numer, gdzie nikt nie odbiera, albo zajęte i tak w kółko… Chcemy jechać na lotnisko, ale paszporty daliśmy Kasi... Rowerkiem do biura Kasi. Jesusowi udaje się dodzwonić i nasze bagaże dowożą do mieszkania ok. g. 20-21.&lt;br /&gt;Rowerami do Old City – takie slumsy, wąskie uliczki, mnóstwo straganów, pierwszy posiłek na ulicy w torebce foliowej (6Y) i… wszystko w porządku! J&lt;br /&gt;Siliupu – przystań promów. Bilety na prom jednak są gdzieś indziej – nie można znaleźć… L&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Traffic – porządek jak w ulu ;)! Mnóstwo pojazdów: rowerów, ryksz, motorowerów, motorów, samochodów, autobusów, wynalazków trójkołowych! Ludzie jeżdżą pod prąd, w poprzek skrzyżowania, mało osób baczy na światła, od kierunkowskazów raczej stronią, za to klakson to ulubiony przyjaciel! ;) Są ulice, po których nie można jeździć rowerami. Ba! Nawet czasem na deptakach nie można prowadzić roweru! J Ogólnie przyjęte jest za to jeżdżenie po chodniku! J&lt;br /&gt;Taxi jest raczej tanie. W kilka osób, na niedługich odcinkach opłaca się bardziej niż metro! J Do kierowcy konieczne trzeba mówić "sifu" (mistrzu) ;)!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I: po wizycie w toalecie - charkanie powszechne (nie tylko tam). Nawet, jeśli są drzwiczki do ¾ kabiny, często ich Chińczycy nie zamykają… Są takie toalety (np. przy dworcu w Pekinie), gdzie w ogóle przegródek brak…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I: Zasadniczo brak biur informacji turystycznej w Chinach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I: woda 1,5l – 1,5-4Y&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;24-07-07 (wt.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z Kasią na Shanghai Railway Station. Kupujemy bilet do Ningbo (102Y). 10:45-14:40 (4h).&lt;br /&gt;O: Żeby wejść do poczekalni musisz mieć bilet. Na kasach czasem jest napisane: "We speak English" J (w sumie tylko w Shanghaiu się z tym spotkaliśmy)!&lt;br /&gt;Ningbo – masakra... Czeski film... Nic nie wiadomo... Wciągamy pierwszy makaronik w knajpce z siedzonkami (7Y).&lt;br /&gt;I: hotel, pokój 2 os. 130=&gt; 120Y – na razie nie korzystamy.&lt;br /&gt;Na pomoc przychodzi nam – jak się zaś okazało – właściciel fabryki tekstyliów (Zhou). Podwozi nas Lexusem na północny dworzec autobusowy.&lt;br /&gt;O: w większych miastach jest np. kilka dworców autobusowych i kolejowych. Trzeba baczeć, z którego odjeżdża twój pociąg. Z różnych dworców są kursy do różnych lokalizacji...&lt;br /&gt;Autobus 1:05 (38Y) do Shenjiamen na wyspie Zhoushan. Autobus jedzie przez ok. 2h (mija się wciąż fabryki po obu stronach drogi). Zaś wjeżdża na prom, płynie się ok. 45 min. i znów autobus jedzie lądem ok. 30 min.&lt;br /&gt;P: Gadamy z młodym Chińczykiem na promie: dlaczego masz długie pazury? Odp.: zapomniałem obciąć... Ups! Ale wtopa... ;)&lt;br /&gt;Shenjiamen – hotel 120Y (cena za pokój). Elegancko! J W pokojach jest wszystko, czego zapragniesz! Do kupienia: bielizna, jedzenie, zupki, napoje, cola, woda, alkohol, prezerwatywy, ręczniki.&lt;br /&gt;Spacerujemy po promenadzie nad morzem. Ślicznie oświetlone statki (ok. 23 gaszą światełka).&lt;br /&gt;P: Spotykamy Benjamina i Matild z Francji. Ich tez Lonely Planet oszukał, że tu wylądowali ;)!&lt;br /&gt;Masaż całego ciała 40Y.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;25-07-07 (śr.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Shenjiamen – ok. 5km od centrum jest Speed Ferry np. o 9:00 (BanShenDong) do Putuoshan (20Y, 45 min.).&lt;br /&gt;Putuoshan (110Y). Przechowalnia bagażu (4Y), 6:00-16:50. Wszystko super zorganizowane. Za wszystkie atrakcje trzeba jednak dodatkowo płacić. Meeega gorąco...&lt;br /&gt;Wielka złota statua Guanyin (bóstwo miłosierdzia), zwrócona w stronę morza.&lt;br /&gt;Klasztor nieopodal...&lt;br /&gt;Mikrobusiki 2-10Y w zależności od odległości.&lt;br /&gt;Mikrobusikiem do Fayu Temple (w świątyni jest wrzątek z kurka J).&lt;br /&gt;Wchodzimy schodami na górę. Schodzący Chińczycy, którzy wjechali kolejką nieco się z nas podśmiechują J...&lt;br /&gt;Droga na zachód od szczytu – nuda...&lt;br /&gt;Paradoks: po drodze widzieliśmy, ze niszczy się wiele gór/wysp na budulec. Z drugiej strony osusza się teraz, tworząc groble i stawia tam bloki...&lt;br /&gt;Miły relaks w pawilonie koło Puji: my i dwóch mnichów różnej płci! J Kontemplacja mrówek... J&lt;br /&gt;Odbieramy bagaże i próbujemy znaleźć - jak z mapy wynika - największą plażę w północnej części wyspy. Treking po klifach, przeprawa przez dżunglę – nie znajdujemy plaży – mapa przekłamana (wg nas ;))! Znajdujemy za to cmentarz...&lt;br /&gt;Nocujemy przy morzu, w nieczynnych kamieniołomach. Kąpiemy się w morzu wschodnio-chińskim. Przepiękne widoki na okoliczne wyspy, plaże, morze...&lt;br /&gt;Nie da się jednak za bardzo spać w nocy – zbyt gorąco... Zbyt wilgotno...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;26-07-07 (czw.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Putuoshan – wczesna pobudka (dopiero nad ranem nieco się kimnęliśmy). Busikiem do przechowalni bagaży. Puji Temple i okalające ją stawy, mosty lukowe, fontanny – naprawdę malowniczo (gdyby nie tyle osób – musimy się w końcu przyzwyczaić, inaczej nie będzie)! J&lt;br /&gt;Noclegi na wyspie są bardzo drogie – ok. 250Y za dwójkę. Ponoć jak już nie przepływają promy, pod wieczór można coś dostać za 100Y (i tak za dużo) ;)...&lt;br /&gt;Zwiedzamy jeszcze źródło nieśmiertleności (dla nas jakiejś choroby bardziej).&lt;br /&gt;P: Spotykamy Benjamina i Matild! J Spali na plaży, bez namiotu, ale się na komary skarżyli J!&lt;br /&gt;12:30 prom do DaXie (Ningbo). 1h woda, zaś 1,5h nie klimatyzowany autobus L...&lt;br /&gt;Chcemy dotrzeć do Huang Shan. Wracając z Putuoshan, oczywiście nie udało nam się zdążyć na ranny autobus, bo dobiliśmy do Ningbo po południu... Należy zaznaczyć, że w Ningbo są 4 dworce autobusowe i trudno się zorientować, z którego jedzie właściwy autobus. Jesteśmy zmuszeni nocować w Ningbo... Hotel 118Y (elegancja: ręczniki, mydełka, klima to MUS, porządeczek), koło dworca autobusowego. Idziemy na I-net. Kafeje gigantyczne – „lotniska” i mnóstwo osób, ale często zadymione... Wcinamy pierwszego arbuza w Chinach – pycha! J&lt;br /&gt;Kolejna dygresja: miasta są ogroooomne i wiele bardziej nowoczesne, niż się spodziewałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;27-07-07 (pt.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Autobus z Ningbo do Huang Shan City (Tunxi) 7:25 (108Y, 8h, jeden autobus dziennie).&lt;br /&gt;Na dworcu autobusowym spotykamy Amerykanina, który się mega wkurza, że wszyscy go co chwila zaczepiają, oferują jedzenie, herbatę, ale nikt nie oferuje rzetelnej informacji. Rysuje nam mapkę Tankkou J.&lt;br /&gt;Huang Shan City (Tunxi) – Tankkou (13Y, 1,5h). Pada! L Wreszcie! J Meeega wielkie jezioro po drodze mijamy...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tankkou. Spotykamy Simona  (Mr. Cheng, +86 130 855 926 03) - Chińczyka, który bardzo dobrze mówi po angielsku. Zagaduje nas w markecie. Załatwia nam minibusik za 40Y do wschodniego wejścia do Parku Huang Shan. W restauracji spotykamy Czecha – Petera, który pracuje jako kelner w lepszych restauracjach na całym świecie i podróżuje sobie (Indie, Nepal, Bhutan, Kambodża, Wietnam, Tajlandia (!), Laos (!), Filipiny, Brunei – muzułmanie)! J Mówi o dziurze w plocie, która potrafi zaoszczędzić 200Y (100Y stud.).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Huang Shan. Dojechaliśmy pod bramy po zmroku... Było ok. 21 (zaczyna się ściemniać po 19)... Najpierw szwędając się wchodzimy na jakieś podwórze, skąd nas oddelegowuje policja. Jest mokro po deszczu... Po oględzinach udało się w krzaczory wejść i przez meeega stroma zbocza, bujnie porośnięte, zaliczając glebę od czasu do czasu (nawet gałąź mi okulary "ukradła"), udało nam się po ok. 1-1,5h dojść do „oficjalnej” ścieżki! :) W drodze są wykute schody, bo góry są naprawdę kosmicznie niedostępne...&lt;br /&gt;Najpiękniejszy wieczór: zero ludzi, chłodniej, poświata księżyca (prawie pełnia), strzeliste góry i po kolejnych 2,5h wspinaczki (ok. 24) dochodzimy do Bei Hai (prawie szczyt).&lt;br /&gt;Rozstawiamy centralnie nasz „domek” przed burżujskim hotelem z dwójkami za 1280Y (najtańszy pokój), obok innych namiotów, których wynajem kosztuje (jak się zaś dowiedzieliśmy) 200Y ;)! Jest ok. 1:00 w nocy, jak idziemy spać J! Ale jacy szczęśliwi! J&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;28-07-07 (sob.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Huang Shan (Bei Hai) wstajemy na wschód słońca 3:00-3:30. Meeega zaspani podążamy za rodzącymi się tłumami do Bright Summit (jakieś 45 min. marszu po 2h snu).&lt;br /&gt;P: Spotykamy parkę Anglików (dziewczę studiuje anglistykę, miała rok przerwy na prace w biurze, ponoć w Pekinie browar chodzi za 5Y w dzielnicy Backpackerów – nie doświadczyliśmy L).&lt;br /&gt;Powoli robi się jasno... Czekamy długo... Mnóstwo Chińczyków -  każdy robi zdjęcia czym popadnie (aparaty, telefony - nie mam aparatu zaznaczam, wiec nie wiem, jakaż to przyjemność J). Wreszcie około 5:15 niespodziewanie mocno czerwone słońce prześwituje zza chmur J... I po 5 min. było po wszystkim :)!&lt;br /&gt;Wracamy do namiotów na boisku do koszykówki, a tam już o 7 dzikie tłumy i koniec spania... Szybko zwijamy namiot (nikt o nic nie pyta, tylko pracownicy patrzą na nas nieobecnym wzrokiem). W hotelu Bei Hai za darmochę można zostawić bagaże, co robimy. Przebywamy trasę do Shixin Feng, zaś (już z plecakami) przez północną stację kolejki, z powrotem do Bright Summit (3km – 1h), następnie do kolejki zachodniej (znów dzikie tłumy).&lt;br /&gt;Odbijamy na Celestian Mountain (1.819 m npm). Szczyt Kwiatu Lotosu niestety zamknięty, podobnie jak położone poza parkiem ciepłe źródła – remont, ponowne otwarcie 2008. Celestian Mountain (inkl. Heaven Staircase) ekstremalnie strome zarówno w górę, jak i w dół (uwaga na kolana!), bardzo wąskie przejścia (trzeba było plecak przed sobą nieść!), ale niesamowicie! Widoki śliczne!:) Tuz przy zejściu straszny hałas od świerszczy – niewiarygodne J...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mountains – natura… może dlatego, ze byliśmy w „scenic spots” natura była okiełznana: wycieczki po świętych górach odbywają się z góry wyznaczonymi szlakami, najczęściej po schodach (stromych). Chińczycy preferują wjazd na górę kolejką, schodzenie schodami, albo powrót również kolejką. Chodzenie po górach dla chodzenia po górach – niezrozumiała rozrywka ;)…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bambus – super roślina, bardzo praktyczna. Robi się z niego nosidła dla tragarzy, a także rusztowania na budowie (i pewnie 1000 innych rzeczy, o których nie mam pojęcia ;)).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mimo to Huang Shan są zaprawdę malownicze, skrywa je często mgła, są strome, strzeliste, miejscami bardzo gęsto zalesione, miejscami zupełnie nagie, z gigantycznymi głazami...&lt;br /&gt;I: Chińscy przewodnicy mają megafony przy pasku... Gdy zbierze się kilku w jednym miejscu przekrzykują się nawzajem L... „Trochę” to psuje ciszę gór... Wycieczek zorganizowanych całe mnóstwo. Uczestnicy chodzą w identycznych czapkach, koszulkach, z identyfikatorami podążając za chorągiewką trzymana przez przewodnika! Super organizacja ;)!&lt;br /&gt;Nieco sfatygowani dotarliśmy na dół...&lt;br /&gt;Po wyjściu z parku zadzwoniliśmy do Simona, żeby wysłał po nas taxi z Tankkou (taniej niż taxi spod parku). Po pewnych perturbacjach wraz z parą młodych Chińczyków pojechaliśmy za 60Y do miasteczka (taxi spod parku 80Y).&lt;br /&gt;Simon – trochę folkloru poznaliśmy... Jeśli je się u gościa (min. kwota), załatwia np. bilety autobusowe bez prowizji. Jeśli nie – trzeba dopłacić... Nie jest to jednak oficjalnie nigdzie napisane, powiedziane. Ok - jest logiczne, ale mało przejrzyste, dlaczego inne ceny się co chwila pojawiają... Dla Chińczyków ważne jest by zachować twarz („face”). Zapłaci on nawet za nierzetelnych turystów kierowcy taksówki, byle by być szanowanym wśród społeczności...&lt;br /&gt;Simon załatwia nam syfiasty hotel (chyba 80Y) z gościem-jeleniem oraz karaluchem (gigant) śmigającym na dzień dobry po korytarzu. Hotel w cenie takiego z mydełkiem, ręczniczkiem itd., tylko wygód brak. Spędzamy jeszcze chyba z pól godziny na negocjacjach dot. klimy... Otóż ponoć normą jest, że centralnie klimy się wyłącza ok. 5 rano... My negocjowaliśmy by była włączona do 9am za dodatkowe 10Y...&lt;br /&gt;Gość robił też wielki problem, że idzie spać i nie będziemy mogli późno wrócić... Udało się mu uświadomić, że komóreczka zadzwoni, to grzecznie wstanie nas wpuścić...&lt;br /&gt;Tankkou zasadniczo jest nudne... Są dwie duże ulice po obu stronach rzeki i wciąż ktoś nagabuje na herbatkę, „chifan” (obiad), bilety albo inne duperele...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;29-07-07 (niedziela)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tankkou. Idziemy sobie na Internet&lt;br /&gt;Ok. 11:30 wciągamy obiad u Simona – angielskie menu (wołowina, sos sojowy, cebulki, bakłażan) zaoszczędzając na tym 10Y prowizji za bilety, którą to wcześniej pobrał, bo nie mieliśmy ochoty się obżerać na noc, tylko nas na owoce naszło ;). Dostajemy bilety do Jiuhua Shan (35Y).&lt;br /&gt;O: można pewnie kupić bilety w hotelu, koło którego zatrzymują się autobusy. Idąc od Huang Shan City (Tunxi), w Tankkou trzeba podejść nieco wyżej niż się zatrzymał autobus z Huang Shan City, po prawej stronie – najlepiej zapytać ludzi J!&lt;br /&gt;I: Z Huang Shan do Jiuhua Shan autobus 13.30, 51Y, 215km (my nie korzystaliśmy).&lt;br /&gt;O 13:20 miał być autobus. Po malej obsuwie jedziemy. W autobusie „Ong bak”. W Chinach naprawdę filmy o sztukach walki są popularne! J Ok. 18 miał być u celu. Po drodze - bez stresu – trzeba się przesiąść do mniejszego busika. Tenże busik dojeżdża dokładnie pod bramę dolną parku Jiuhua Shan (zaraz do wykasowania za wstęp ;)). Bilecik normalny kosztuje 140Y (50% zniżki dla studentów).&lt;br /&gt;O: Polak potrafi, czyli rada – kombinować. Ponieważ (naciągane tłumaczenie) bilety do parków są mega drogie, można np. kupować na legitymacje studenckie, albo dowód osobisty, albo cokolwiek w różnych kasach bilety ulgowe i przekazywać dalej geriatrii. Przy wejściu nie sprawdzają legitymacji. Dojazd do wrót parku autobusem (1x tam i z powrotem) jest wliczony w cenę biletu. Wstępy do większości zabytków tez są darmowe (nie dajcie się naciągnąć na świątynię zaraz przy wjeździe – będą takie jeszcze darmowe). Tradycyjnie: podświetlenie wiele uroku dodaje miastu J (takie małe w środku parku). Trafimy na operę chińską z mega przesterującymi głośnikami ;)...&lt;br /&gt;O: raczej w Chinach z namiotem trudno, bo wszędzie pełno ludzi i teren raczej nie sprzyja...&lt;br /&gt;My próbujemy się rozbić, gdzie tylko można - w ramach tradycji i po prostu sympatii do spędzania nocy „na dzikusa” ;)!&lt;br /&gt;Po długich poszukiwaniach koło jakiegoś cmentarza się rozbijamy (dobra miejscówka obok w kamieniołomach akurat przez jakąś parkę zajęta), ale rano wcześnie trzeba wstawać, bo Chińczycy od samego rana już baraszkują...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;30-07-07 (pon.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jiuhua Shan. Udało się za darmo w hoteliku zostawić bagaże. Nieco nam się traska pomyliła (tak się dobrze szło), ale na pomoc przyszedł busik ;)! Podążamy na szczyt wschodnim wejściem. Wiele świątyń tutaj faktycznie działa. Są wiele bardziej klimatyczne niż w Huang Shan, widać mnichów, mniszki (ubrane jak mnisi), wiele knajpek / noclegowni mija się po drodze (warunki bardzo podstawowe, ale pewnie tanio). Tutaj również można sobie zafundować (w ramach pielgrzymki ;)) wjazd kolejka linowa na jedna ze świętych gór.&lt;br /&gt;P: Przy świątyni blisko szczytu spotykamy Szweda (Lars) wraz z azjatycka małżonką.&lt;br /&gt;Mimo grzmotów wchodzimy na najwyższą górę. Mały Chińczyk w klapkach biega po górach koło nas jak kozica, co nas w kompleksy nieco wpędza... ;)&lt;br /&gt;Schodzimy, by zdążyć odebrać Krzycha. Autobusem do dolnej stacji parku (wejście). Dostaję właśnie telefon od Krzycha, że jest już na górze! A ja na dole... Po negocjacjach udaje mi się nie płacić za autobus jadący znów do wrót parku. Udało nam się spotkać z Krzychem, a wszyscy się śmiali, że miejsce spotkania będzie „ przy murze chińskim” ;)! Żłopiemy piwko na tę radosną okoliczność na Laojia (stara ulica). Dosiada się Xuqing (Chińczyk). Prosi, czy mógłby z nami się jutro w góry wybrać – no dobra ;)...&lt;br /&gt;Tym razem już obczailiśmy w czasie dziennych wędrówek lepszą miejscówkę na namiot, na jakimś gruzowisku, blisko centrum J!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;31-07-07 (wt.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jiuhua Shan. Pobudka ok. 6:00. Zostawiamy plecaki w hotelu (innym niż poprzednio). Na śniadanko wcinamy pierożki, michę płynnego ryżu, jajco i tofu – całość za 5Y J! Po telefonie spotykamy się z WuXing. Objaśnia nam symbolikę poszczególnych Buddów. Guanyin jest na przykład od płodności (kobiety, które chce mieć synów proszą ją o to), a także od pokoju.&lt;br /&gt;Tym razem wybieramy wejście zachodnie. Po drodze mijamy również świątynie i jaskinie, lecz nie w takiej ilości, jak przy wschodnim wejściu. Znajdujemy super miejscówkę na kąpiel, wraz ze skakaniem i prysznicami (wodospady) ;)! Z powodu wzmożonej koncentracji na parcie do przodu, minęliśmy zejście w prawo (koło zagospodarowanego miejsca – daszek, schody), ale za to widzieliśmy trzy inne szczyty (koniec szlaku). Nasz Wuxing nieco się zmachał wedrując z nami, szczególnie, że się z jeansach wybrał. Kończył wyprawę z slipach ;)! Docieramy na szczyt, ten co poprzedniego dnia (ale Kris nie widział) i schodzimy szlakiem, którym poprzedniego dnia wchodziliśmy. Po drodze upatrzone już miejsce z „basenikiem” (szambikiem;)) w potoku, gdzie rozochoceni poprzednią kąpielą postanawiamy się schłodzić. Ucztujemy tez za ok. 50Y na cztery osoby.&lt;br /&gt;P: do teraz Krisa nogi bolą ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Food – generalnie jedzenie nawet w restauracjach jest tanie. Jedzenie pierogów / pyz na ulicy na śniadanie może się znudzić… Można wielu egzotycznych rzeczy spróbować (np. mango J, dragonfruit). Podróżując z plecakami nieco szkoda czasu na codzienne długie celebrowanie posiłku jednak ;)…&lt;br /&gt;Jako zapychacz najczęściej zamawia się ryż lub makaron oraz dodatki („lepszejsze”) – wszystko na obrotowym stole. Zazwyczaj ilości są gigantyczne, wiec lepiej mniej zamówić, jeśli chce się od tego stołu jeszcze wstać ;). Miłe jest, że herbatę dają praktycznie bez ograniczeń ;).&lt;br /&gt;W Chinach wpadli tez na coś, na czym miałem zbić fortunę w Polsce, a mianowicie na napojach mlecznych – acydofilnych ;)! Pyszniutkie owocowe mleczka za 3-4Y z lodóweczki!&lt;br /&gt;Piwo raczej jest mizerne i zdarza się, że nawet go do lodówy nie ładują...&lt;br /&gt;Jest też mnóstwo przydatnych dla podróżników suszonych orzeszków, owoców, warzyw (np. fasola) często w dziwnych sosach, z dziwnymi przyprawami (mi smakowały) 2-3Y.&lt;br /&gt;Owoce można nabyć pojedyncze najczęściej za 1-2Y (1Y banan, 2Y asian pear – gruszko-jabłko). Oczywiście lepiej kupować na wagę większą ilość, niż pojedyncze sztuki – taniej.&lt;br /&gt;Wrzątek można otrzymać w takich miejscach jak: dworce, pociągi, świątynie – choć nie zawsze jest...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W jednej ze świątyń paradował całkiem uroczy kogut J! Super to kontrastowało z posągiem Buddy obok! J&lt;br /&gt;Jako wymagający biali turyści, mimo, że dość późno już zeszliśmy z gór, udało się nam przekonać obsługę (telefonicznie – Wuxing oczywiście), żeby przysłali nam autobus J! Zabieramy plecaki (tym razem już pan zapragnął na nas zarobić) i podążamy na autobus, który miał niby być o 21 dowożący do wejścia do parku. Po jakimś czasie tracimy nadzieję, że przyjedzie i udajemy się na reklamacje do pobliskiego biura (24h).&lt;br /&gt;I: ciekawym jest, że w wielu zawodach ludzie praktycznie są 24h/dobę w pracy. Śpią po prostu w miejscu pracy. Mają parawanik, łóżeczko i w razie jak ktoś przyjdzie po nocy śmigają w eleganckiej piżamie ;). Tak było i w naszym przypadku! ;)&lt;br /&gt;Telefonik uczyniony przez mila panią i już za chwile zjawia się autobus J!&lt;br /&gt;Jest ok. 22. przy wejściu też wszyscy szykują się do spania. No to my za ich przykładem. Centralnie rozbijamy namiot (a raczej sama moskitierę) na parkingu J.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;01-08-07 (śr.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jiuhua Shan. Wstajemy tradycyjnie wcześnie, bo o 7:00 autobus do Wuhan (129Y). Puszczają znów film kung fu Nieustraszony („Fearless”) z Jetem Li. Około 15:30 docieramy do Wuhan. Po drodze ok. 12 przerwa na obiad. Chińczycy sztywno trzymają się rytuału posiłkowania o tej właśnie godzinie.&lt;br /&gt;W Wuhan rozbijamy się taxami, bo zależy nam, by zdąrzyć na jakiś środek transportu tegoż dnia (2x: 9Y i 17Y). Najpierw do innego dworca, zaś na przystań promów.&lt;br /&gt;O: Ctrip pomogą tylko w rezerwacji pokojów, samolotów i wycieczek. Nie pośredniczy w rezerwacji biletów. Z naszego późniejszego doświadczenia w Pekinie wynika, że ceny z ich ofert pozostawiają wiele do życzenia budżetowemu turyście, wiec my w ogóle z ich usług nie skorzystaliśmy. Szkoda pieniędzy na telefon...&lt;br /&gt;Brak miejsc na pociąg do Chungqing, do Yichang już odjechał.&lt;br /&gt;Prom na druga stronę rzeki (1Y).&lt;br /&gt;Spływy po Jangcy zaczynają się za Yichang (za tamą). Promy pływają albo do Chungqing, albo Fengjie i z powrotem. W biurze turystycznym oferta za 550-650Y w 6-os. pokoju. Żart... ;)&lt;br /&gt;Jedziemy autobusem do Hankou Railway Station. Kupujemy bilety na następny dzień do Yichang.&lt;br /&gt;Próbujemy noclegu od „babuszki”. Miejsce nędzne (chyba najgorsze, w jakim spaliśmy), choć jest klima i prysznic (90Y / pokój, w tym 10Y dla „babuszki” za doprowadzenie). Pamiętać należy, że Chińczycy raczej śpią na twardych łóżkach (bambusowa makatka na desce). Podstawa w pokoju jest klima, bez której trudno w ogóle tam egzystować! :) Łazienki są łączone z ubikacją :)! Mieliśmy też maskotkę w pokoju w postaci karalucha giganta, ale gdzieś się nad ranem zawieruszył... ;)&lt;br /&gt;Urządzamy sobie spacer slumsami Wuhan (w sumie to tam spaliśmy) - mnóstwo małych straganików na ulicy. Zabawne jest to, że syfik to równoległa ulica do mega komercyjnej, z firmowymi sklepami, po prostu nieco w głębi... Bronxy mają ten plus, że jest tanio. Posilamy się arbuzem na krawężniku wraz z mieszanka ulicznej woni i innymi specjałami (2-3Y).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;02-08-07 (czw.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Wuhan przy dworcu po raz pierwszy widzieliśmy tai chi z wachlarzami...&lt;br /&gt;8:40 pociągiem do Yichang (49Y). Pada. W czasie posiłku Kris (najlżejszy) rozwala plastykowe krzesło w przyulicznej knajpce i jest kupa śmiechu ;)!&lt;br /&gt;Autobus do Ming Piao (pierwsza miejscowość za tamą, +- 13Y), czyli ogólnie do Trzech Przełomów (San Xia) – bardzo malownicza droga przy Jangcy. Przejeżdżamy tez przy tamie.&lt;br /&gt;Ming Piao – oblężenie naciągaczy różnej maści – brrr... Pewien przedsiębiorczy sklepikarz dowozi nas do przystani (20Y, jak się później okazało – taxi 8Y) L... Kupujemy bilet w ostatniej klasie (chyba szóstej) za 66Y do Fengjie (pierwsza miejscowość za przełomami).&lt;br /&gt;Przy przystani oferują nam nocleg za 20Y od osoby. Udaje nam się jeszcze stargować do 18Y, co czyni to najtańszym noclegiem w czasie naszego wyjazdu J. Mamy jeszcze trochę czasu, wiec jedziemy taksą do miasta (ok. 5 km) na I-net i jedzono. Miasto ok. 23 zamiera totalnie... W pokoju witają nas dwa przyjazne nastawione karaluchy J...&lt;br /&gt;P: W przypływie dobrego nastroju po napitku wyskokowym produkcji chińskiej, robimy jeszcze nocne pranie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;03-08-07 (pt.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ming Piao – rano przyszedł pan policjant do pokoju, bo tylko jeden paszport daliśmy do spisania dnia poprzedniego (w hotelach wypełniają swego rodzaju meldunek).&lt;br /&gt;O: Często też pobierają kaucję, więc trzeba uważać na kwitki.&lt;br /&gt;Zupełnie go zignorowaliśmy: nie mowił po naszemu, spieszyliśmy się na prom i nie chciało nam się wypełniać 15 min. bezsensownych formularzy... Pan podziękował i sobie poszedł ;)!&lt;br /&gt;Nasz budżetowy prom miał płynąć o 10:30. Wypłynął po 12... W ogóle trudno było trafić na właściwy prom, bo mało osób kompetentnych po drodze (zero obsługi). Sama łajba odpowiadała cenie, jaką za nią zapłaciliśmy – tragedia... Dla Krisa – fana dirtów – rewelacja! ;) Za miejsce na górnym pokładzie trzeba dodatkowo 10Y dopłacić. Zanim to zrobiliśmy pan musiał się napracować, by nas stamtąd za darmo wywalić ;)! Nieco nerwów go to kosztowało ;)! Złodziejskie praktyki... Dobrze, że żadnych kabin nie kupiliśmy - syf straszny, a i tak nie mieliśmy zamiaru spać. Łajba cała przerdzewiała, najgorszy kibel, jaki w całych Chinach widziałem (łącznie z łazienką), wszystko kiczowate (lustrzana kula w bawialni), kotłownia, kuchnia – bleee... Smród na całym statku, woda leje się nie wiadomo skąd...&lt;br /&gt;Same przełomy (mają być w 2009 zalane) – bez rewelacji... Ogólnie jak się płynie cały dzień – nudno... Tym bardziej, że poprzednie dni też w podroży spędziliśmy (pociąg, autobus) i mało zabytków po drodze... Bardzo kiepski film kung fu puszczają, ale winko nieco łagodzi jego kiczowatość...&lt;br /&gt;Gdyby prom nie wypłynął z opóźnieniem, to może ostatni przełom (najkrótszy – 8 km) byśmy widzieli w dzień, a tak – w nocy...&lt;br /&gt;Do Fengjie dobijamy po zmroku. Wygląda, że mało turystów tam dociera. Jemy na ulicy ichnie pyszności. Znajdujemy nocleg po negocjacjach na 4 p. (Chińczycy nie lubią cyfry „4”, bo brzmi podobnie do „śmierci” w ich języku). Mamy tylko wiatraki, a łazienka na korytarzu (ale noc nie jest aż tak gorąca) – 60Y / pokój. Należy zaznaczyć, że nawet w największym syfie (a tu było ok), zawsze jest świeża pościel.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;04-08-07 (sob.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fengjie. Kupujemy bilet na autobus do Chungqing (153Y), ale dopiero na 10:30 (wcześniejszy o 7 ileś tam nam uciekł). Szwędamy się po jedynej uliczce.&lt;br /&gt;Droga bardzo malownicza, przez góry, wąskie dróżki, często przy potoku. Smacznie śpię, a tu: bum! Autobus nie zmieścił się między TIRa z przeciwka, a rynsztok – koło tam wpadło (dodatkowo jeszcze na „poboczu” były zaparkowane inne auta). Czyni to około 1,5h przerwę w transporcie... I tak cud, że tylko raz się nie zmieścił. Po drodze widać było cale pojazdy w przepaściach...&lt;br /&gt;Chongqing – przyjeżdżamy nocą, nie wiadomo dokąd (jakieś przedmieścia)... Bierzemy taxi na dworzec (+-20Y).&lt;br /&gt;O: autobusy jeżdżą tylko do ok. 20-20:30. Pociągi i autobusy dalekobieżne sporadycznie jeżdżą nocą...&lt;br /&gt;Jedziemy taksą na dworzec i dajemy się zaprowadzić „babuszce” do noclegu za 60Y.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;05-08-07 (niedz.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chongqing. Tradycyjnie wczesna pobudka. Kupujemy bilet do Leshan (106Y).&lt;br /&gt;W Leshan ludzie byli dla nas bardzo mili i pomocni. Na dworcu przechowalnia bagażu (1Y, do 18). Do Da Fo (Wielki Budda) jedzie autobus #3 zaraz z na przeciwko dworca. Wstęp 70Y (35Y stud.). Niedziela – meeega kolejki... Sam Budda robi imponujące wrażenie z dołu.&lt;br /&gt;Autobus (42Y, super elegancki, z darmowa woda – jedyny raz) do Chengdu.&lt;br /&gt;W Chengdu taksa do Backpackers hotel, ale chce 150Y za dwójkę. Myślę, że nie warto w ogóle korzystać z hosteli – są droższe niż rodzime noclegownie, bo nastawione na turystów zagranicznych. Oferują, co prawda różne wycieczki, ale i tak taniej samemu je zorganizować.&lt;br /&gt;Znajdujemy hotel za 70Y kaucja 30Y (tylko 2 łóżka, brak klimy i klaustrofobia). Bujamy się dwoma rykszami po nocy (10Y za jedna). W Chengdu jest deptak, ale ok. 23 wszystko martwe... Do hotelu taxi 8Y.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;06-08-07 (pon.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chengdu. Udajemy się po bilety do Xi’an – tylko twarde siedzenia dostępne za 105Y.&lt;br /&gt;Jedziemy  busem #9, zaś #523 do Instytutu Pandy (+-45Y) – bardzo urocze stworzenia! Mnóstwo białasów, pogoda mgielna... W ogrodzie są dwa rodzaje pand: zwykła i czerwona. Naprawdę można spędzić kupę czasu podglądając milusińskich i pstrykając im fotki.&lt;br /&gt;O: nie jedzcie meleksem – to nieprawda, ze idzie się do Nursery 1/2h...&lt;br /&gt;W Chengdu szwędamy się po sklepach.&lt;br /&gt;Próbujemy jedzenia syczuańskiego (podobno najostrzejsza z chińskich kuchni), ale chyba cos kiepsko trafiliśmy...&lt;br /&gt;O: Dokonuje wypłaty z bankomatu 2000Y (prowizja ok. 20 pln).&lt;br /&gt;20:52 pociąg do Xi’an.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;07-08-07 (wt.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Xi’an. Znajdujemy hotel za 60Y (łazienka na korytarzu, klima jest). Jest już po południe.&lt;br /&gt;Pagoda Wielkiej Gęsi 35Y (25Y stud.) – tak naprawdę tylko oplata obejmuje teren przyległy do Pagody. Za wejście na sama Pagodę należy zapłacić dodatkowo 10Y, co serdecznie odradzamy (waliło pokostem, w środku praktycznie nic nie ma, a na górze mega tłumy do malutkich przeszklonych okienek z panorama jak z wieżowca). Lepiej wejść za darmo na Pagodę w Jiuhua Shan.&lt;br /&gt;Pagoda Malej Gęsi – już zamknięta, ale i tak po poprzednich doświadczeniach pagodowych nie dali byśmy się nabrać.&lt;br /&gt;Podglądamy jakieś tańce na ulicy oraz spektakl z pompa przy bramie południowej.&lt;br /&gt;Dzielnica muzułmańska wieczorem – super podświetlenie!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;08-08-07 (śr.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Xi’an – muzeum (35Y) – warto, choć w Zakazanym Mieście też jest, co oglądać.&lt;br /&gt;Dzielnica muzułmańska, tym razem w dzień. Meczet (25Y) – bardzo przyjemnie J.&lt;br /&gt;Świątynia Ośmiu Nieśmiertelnych (3Y).&lt;br /&gt;Docieramy do Muzeum Banpo, ale już jest zamknięte... Mega nieprzyjemnie: brak hotelu (tylko jakiś obskurny burdelik), próbujemy coś znaleźć z wielkimi plecarami, wszyscy Cię skanują, gorąco, nędzna okolica...&lt;br /&gt;Jedziemy jakimś autobusem z powrotem do miasta. Znajdujemy hotel po negocjacjach za 60Y / pokój (trzeba dopilnować, żeby na kwitku napisali to, na ile się umówiliście, bo nas na 10Y opitolili – niedużo, ale dla zasady niedobrze). Robimy pranko w pralce! J&lt;br /&gt;Postanawiamy zakosztować luksusów i wybieramy się na obiad do restauracji J! W mało turystyczną cześć dobiliśmy i niemałe poruszenie wywołaliśmy swoja obecnością J! Obsługa aż z kuchni wychodziła, by nas oglądać, a bez tego było jej bez liku ;)! Bardzo jednak dbali o nas. Był problem z zamówieniem czegoś, bo szlaczki... Ulegliśmy ich propozycji i – jak się później okazało jedliśmy hot pot (68Y). Na środku stołu jest palnik, na nim stawiają gar z niby zupa. Do tego zamawia się dodatki, które się wrzuca do owego gara, zaś wyławia i konsumuje. My zamówiliśmy najpierw kurczaka, ale był z kośćmi. Po ugotowaniu kurczęcia, na tym co zostało gotuje się np. grzyby, tofu. Ogólnie niezła zabawa była J! Popilim bronkiem, zagryzlim słodkościami z marketu i było git ;)!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;09-08-07 (czw.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Xi’an – pada deszcz. Jedziemy z powrotem do Muzeum Banpo (35Y) – ruiny neolitycznej wioski pod dachem z kilkoma animacjami na komputerze. Nie robi powalającego wrażenia... Najbardziej interesujące były chyba fotografie prymitywnych ludów za Amazonii i Afryki (taka bonusowa wystawa).&lt;br /&gt;P: Musimy wrócić do punktu wyjścia – koło dworca – nasze wycieczki z plecakami po Xi’an i zmiana noclegu – bez sensu...&lt;br /&gt;I: ludzie transportują na rowerach niebotyczne ilości towaru – szok J!&lt;br /&gt;Autobusem #306 do terakotowej Armii (+-23Y). Tabuny turystów.&lt;br /&gt;I: panuje opinia o białych, ze są piękni / ładni i dlatego Chińczycy ich lubią ;)!&lt;br /&gt;I: raczej niewiele kobiet w Chinach goli nogi, ew. włosy pod pachami, ale jak to ich facetom nie przeszkadza, to ok ;)!&lt;br /&gt;U Terakowych Wojowników (90Y, 45Y stud.)Też szkoda pieniędzy na meleksa – nie jest tak daleko.&lt;br /&gt;Zabytek ciekawy, choć przydaliby się przewodnik (mimo opisów po ang.). Na zdjęciach widać tylko tych posklejanych. W rzeczywistości większość z wojowników wala się rozwalona po glebie i dopiero ich rekonstruują... Ogólnie jednak – warto.&lt;br /&gt;Wracamy na dworzec kolejowy. Jedziemy hard sleeperem (85Y) do Luoyang.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;10-08-07 (pt.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Luoyang. Docieramy na miejsce o 1:00am. Nic już nie jeździ o tej godzinie i jesteśmy zmuszeni szukać noclegu. Dwie przecznice od dworca (już bez pomocy „babuszek” – trzeba się nauczyć znaczków na hotel – binguan) znajdujemy bardzo porządny hotelik (60Y/pokój).&lt;br /&gt;O: polecamy zawsze jak najszybciej uciekać od naciągaczy różnej maści sprzed dworców i samemu szukać sobie hotelików. Na pewno w pobliżu cos się znajdzie, ew. trzeba będzie kogoś zapytać, można wybrać cos przytulnego i nie trzeba płacić za „doprowadzenie”.&lt;br /&gt;Rano autobusem #81 (3Y) jedziemy do Longmen (80Y).&lt;br /&gt;P: Po drodze śniadanko w knajpce.&lt;br /&gt;Bardzo okazały kompleks jaskiń z rzeźbami Buddów (Budd?!) różnych rozmiarów. Spaceruje się wzdłuż rzeki, po jej obu stronach. Obejście całości zajmuje kilka godzin, lecz naprawdę warto! Panuje bardziej autentyczny klimat, niż w większości zabytków, ciekawiej, większa różnorodność niż w Leshan.&lt;br /&gt;P: Pogoda tylko nieco niedopisuje, ale nie jest zimno mimo mżawki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Monuments – Rewolucja kulturalna… z tego, co czytaliśmy i widzieliśmy w czasie jej trwania multum zabytków uległo zniszczeniu. Większość rzeczy, które teraz się ogląda sprawia wrażenie, że zostały wyprodukowane w Disneylandzie i rok temu tam wstawione… Trzeba jednak przyznać, że może właśnie dlatego miejsca turystyczne są zadbane, wszystko jest ładnie odmalowane (przygotowania do Olimpiady). Nie mniej jednak brakuje nieco autentyczności, mistycyzmu, klimatu i spokoju…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracamy na dworzec autobusowy do Luoyang i jedziemy do Shaolinu (16Y). Docieramy, gdy już wszystko zamykają, tylko udaje im się nas wykasować na 100Y za wstęp.&lt;br /&gt;O: można pewnie wejść pod wieczór do kompleksu i nie płacić wstępniaka. Nie zobaczy się co prawda świątyni wewnątrz (i tak odbudowana), las pagód tylko zza płotu, ani nie wejdzie do szkoły na pokaz kung fu, ale można pokazy obejrzeć, które odbywają się koło drogi i jest to tańsza opcja dla „nie-maniakow” Bruce Lee ;)!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podążamy w mniej uczęszczaną część parku i nocujemy przy ścieżce z zejściem schodami do rzeki – super!&lt;br /&gt;P: zimno... brrr...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;11-08-07 (sob.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Shaolin  - zwiedzamy las pagód, świątynie (Shaolin Si), szkołę kung fu.&lt;br /&gt;Biorę udział w pokazie jako wolontariusz J!&lt;br /&gt;Oglądamy pokazy na świeżym powietrzu (można sprawdzić godziny pokazów na tablicach lub w informacji turystycznej przy wejściu). Końcówkę wieńczy patriotyczny akcent – flaga Chin. Ogolenie raczej chłopcy, nie starsi mistrzowie biorą udział w pokazach. Dużo gimnastyki, akrobatyki, różnych rodzajów broni, mniej walki wręcz / sparingów...&lt;br /&gt;W części sklepowej raczej gadżety, niż autentyczne przyrządy do kung fu – kiczowate...&lt;br /&gt;W informacji turystycznej można zostawić bagaż za darmo.&lt;br /&gt;Szwędamy się po największej szkole „Ta Gou”. Warunki spartańskie: piętrowe łóżka, kilkunastu chłopców w pokoju, trening kilka godzin przed i po południu. W ciągu dnia czas na pranie, sprzątanie, jedzenie. Próbujemy ich specjałów w kuchni, której na pewno Sanepid by nie zaakceptował ;)! Za to bardzo tanio! ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kung fu – gdzie mistrzowie z tamtych lat?! Kung fu (poza tai chi) nie jest popularne wśród młodzieży, nawet na zasadzie w-fu. Wybierają edukacje, by zaś zarabiać krocie. Można spotkać w miejscach publicznych (np. przy dworcach, w parkach, na ulicach) babcie i dziadeczków ćwiczących tai chi (nawet z mieczami).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Autobusem do Luoyang (16Y). Zostawiamy bagaże na dworcu kolejowym (4Y).&lt;br /&gt;P: Szwędamy się trzy godzinki po miesicie.&lt;br /&gt;Ładujemy się w hard sleeper do Taiyuan (175Y).&lt;br /&gt;P: Baaardzo niemile panie w kasach. Brak miejsc na pociąg do Pekinu.&lt;br /&gt;I: Za 220Y można się dostać autobusem sypialnym do Pekinu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;12-08-07 (niedz.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Taiyuan.&lt;br /&gt;I: widzimy kobietę, która na ulicy pozbywa się nadmiaru mleka z piersi...&lt;br /&gt;By dojechać do Pingyao należy wysiąść na ostatnim przystanku autobusu #611 (Jian Nian). Autobus do Ping Yao (25Y).&lt;br /&gt;Ping Yao – brak bezpośrednich pociągów i autobusów do Pekinu. Trzeba jechać przez Taiyuan.&lt;br /&gt;Ping Yao (120Y, 60Y stud.) – ładne miasteczko z dynastii Ming, otoczone murami, z zachowana ponoć w większości oryginalna architektura. Na głównych ulicach mnóstwo straganów z pamiątkami, na miej uczęszczanych gruzowiska ;). Bilet uprawnia do wejścia do świątyń konfucjańskich, na bramy (nas wpuścili tylko na trzy, zamiast czterech L), mury.&lt;br /&gt;O: można nie płacić wstępu, chodząc tylko po mieście – nikt nas nie sprawdzał...&lt;br /&gt;Byliśmy na masażu stop (30Y/h/os.).&lt;br /&gt;Ok. 19:10 pociąg na stojaka do Taiyuan (25Y).&lt;br /&gt;Udaje nam się kupić tylko dwa miejsca na hard sleepera i jedno twarde siedzenie (wylosowuje je Kris). Wyjazd do Pekinu 21:30 (hard sleeper ok. 120Y).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;13-08-07 (pon.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ok. 8:30 lądujemy w Pekinie (dworzec zachodni/główny). Do ok. 12 łazimy z plecarami i szukamy noclegu. Już niby mamy, chce płacić, a tu się okazuje, ze nie dla białych i „rząd nie pozwala” i nas wywalają... W kolejnym trwało to wszystko tak długo, że Kris zdąrzył zaliczyć darmowy prysznic ;)! W takich hotelikach pokój kosztował ok. 100Y. W tych dla białych min. 300Y L!&lt;br /&gt;O: Polecamy nocleg Shun An Kang, na przeciw szpitala Yu Yuan. +86 10 630 323 28, 6303 2328, 6315 0335 (120Y za dwójkę z dostawka).&lt;br /&gt;P: telefon do Kasi BW.&lt;br /&gt;Tian Tai (Świątynia nieba, 15Y/8Y stud. – same ogrody). Park nie zachwyca, za to znajdujemy lody, którymi się wszyscy w parku objadają śmietankowe z pomaranńzowym sorbetem (2Y).&lt;br /&gt;Wierząc w ludzka pazerność i nieefektywność władzy znajdujemy nocleg za 140Y z łazienką, ale nieco syfiasty, bo bez okien w małych uliczkach poniżej Tian’anmen (hutongi). Pewnie wkrótce ich już nie będzie, bo obok trwały prace remontowe...&lt;br /&gt;Spacerujemy sobie (już bez plecaków) po mieście: Tian’anmen, Wangfujing (deptak, sklepy, jemy tam skorpiony 10Y, ośmiornice 3Y, jogurcik 3Y, mleko kokosowe w kokosie 10Y, pyszne kuleczki w sezamie 5Y). Z buta dalej do Silk Street (Yongan Li) – kilkupiętrowy dom towarowy, z mnóstwem straganików, sprzedawcy mówią po angielsku i generalnie są nastawieni na zagranicznych turystów, wiec ceny tez z początku niebotyczne...&lt;br /&gt;P: kupujemy windstoppery Mammut (takie same – raz 320Y, raz 200Y; myślę, że za 100-150 można kupić ;)).&lt;br /&gt;Li li, 1st floor, A4-0047, Stores.ebay.com.on, &lt;a href="mailto:socoolwaer@163.com"&gt;socoolwaer@163.com&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Shopping – ciężko jest się od razu przyzwyczaić, że zawsze oferując cenę dla białasa na początku (tzn. drożej niż dla Chińczyka)… nie byłoby krócej od razu jakąś rozsądną podać i podarować sobie targowanie się ;)? Trzeba się o wszystko kłócić i koniecznie przez kupnem czegokolwiek ZAWSZE pytać o cenę (szczególnie jedzenia). W Pekinie w centrach handlowych z początku jest niezła zabawa (ciągają za rękę, mówią, ze zabija, jak nie kupisz, ze jesteś przyjacielem, ze szef ich zabije za taka cenę itd...;)! Wrażenie jednak przykre zostaje, ze na każdym kroku chcą Cię na kilka kuaiow (yuanow) naciągnąć... Jak już - nie daj Boże - dałeś siano, a cos się zmienia i cena Ci się nie podoba, zadaj usilnie zwrotu! A jeśli chodzi o negocjacje, to w ogóle przed odejściem nie należy okazywać zainteresowania. Jak już sobie idziesz, wołają prawdziwa cenę, albo za chwile ktoś biegnie po Ciebie ;)!&lt;br /&gt;Największa chamówa, z jaka się spotkaliśmy, to jak gość nas chciał za sześć bananów (prawdziwa cena ok. 5Y) wykasować 25Y! Skandal! Kilka metrów dalej kobieta nie chciała natomiast od nas pieniędzy za siateczkę orzechów (ale i tak dostała ;))!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;14-08-07 (wt.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pekin, Zakazane Miasto (60Y) – najciekawsze muzeum w Chinach (jakie widzieliśmy oczywiście). Można tam faktycznie dużo czasu spędzić.&lt;br /&gt;P: nas strasznie wymęczyło, chyba bardzo gorąco było...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;People / język – jedno z drugim się ściśle łączy… nie znając języka wiele się traci z poznania danego kraju… My radziliśmy sobie z rozmówkami, ale trzeba jeszcze zrozumieć odpowiedz… Jakoś nam się udawało! J Mimo to traci się mnóstwo czasu, żeby załatwić podstawowe rzeczy (nocleg, bilety – kolejki)... Najbardziej pomocni są studenci w dużych miastach, którzy pytają czy można pomoc i to robią bezinteresownie. Jeśli mają chwilę czasu zawsze miło uciąć sobie pogawędkę! ;) Ogólnie wiele osób zagaduje „Hello!”, „Nice to meet you” itp., ale poza tym w większości niewiele potrafią powiedzieć... A szkoda...&lt;br /&gt;Niesamowici są tragarze! Na bambusowych nosidłach wnoszą np. w górach całą masę towaru – respekt! Szanowali nas, bo my tez z plecarami ;)!&lt;br /&gt;P: spotykamy się z Kasia i Nannem w restauracji J! Pyszności: kaczka po pekińsku (mięso zawija się w ciasto wraz z warzywkiem i sosikiem), ryba na ostro, kurczak na słodko-kwaśno, tofu i inne... J&lt;br /&gt;Niedaleko znajduje się ulica z pubami dla białasów (kolejna przy Hou Hai). Mi tak średnio się to podobało... Widać, że w Chinach nie ma kultury (bądź jej braku) pubowej. Sami Chińczycy stoją na drugiej stronie ulicy i ślinią się na wyginające się panie za szyba... Zaraz obok ekskluzywnych pubów robotnicy śpią w namiotach przy drodze, bez klimatyzacji... Za małe bro można zapłacić 5Y po negocjacjach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;15-08-07 (śr.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wielki Mur – mieliśmy jechać w mało turystyczne miejsce, ale mając już lepszy nocleg dzięki kochanej Kasi i pani Ren, postanawiamy po prostu odchaczyć go w Badaling. Należy jechać do stacji metra Jishuitan, zaś około 1km na wschód pójść do autobusu #919 (koniecznie trzeba pytać o Badaling, bo autobusy o tych samych numerach różnie jeżdżą, 12Y). Bez pomocy sympatycznych studentów pewnie byśmy tam asami nie trafili. Chyba największe tłumy turystów na murze (60Y/30Y stud.). Udajemy się odnogą, gdzie mniej ludzi. Naprawdę stromo (jak w każdych chińskich górach na naszej trasie ;))!&lt;br /&gt;Jedziemy na zakupy sprzętowe Sillicon Valley of Beijing (Zhongguancun) najlepiej trafić na cos w rodzaju hali ze sprzętem nowym i używanym. Nie za wiele się pewnie wynegocjuje, ale od razu dają sensowne ceny (nie jak w domach towarowych dla białasów).&lt;br /&gt;Ponoć najlepiej w Hongkongu tego typu zakupy robić...&lt;br /&gt;Idziemy na koncert alternatywny do Mao Live (z początku 30Y/os. Wchodzimy za 30! Za trzy os.). szukając trafiamy do Hou Hai – nocne życie Pekinu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;16-08-07 (czw.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pekin – dzień zakupów. Rozdzielamy się. W Parkson (dom handlowy w centrum) kiepścizna...&lt;br /&gt;O: that’s Beijing – bierzące info o mieście. Np. w Hou Hai w knajpach lub hotelach za darmo.&lt;br /&gt;Do optyka/okulisty (Zhong Ming Cui, 4th floor of Mingjingyuan Optical Market ChaoYang District, Beijing, +86 10 877 306 49) – dwie pary okularów (150Y i 300Y).&lt;br /&gt;Podroby Gibsonów i inne gitary: #86 Xin Hua South Street Xuan Wu District. &lt;a href="http://www.dbmusic.cn/"&gt;www.dbmusic.cn&lt;/a&gt;, &lt;a href="mailto:musiccastle@163.cn"&gt;musiccastle@163.cn&lt;/a&gt;, +86 131 675 978 11.&lt;br /&gt;Spotykamy się w Pearl Market (uwaga: zamykają o 19:00)...&lt;br /&gt;Jemy kolacje i w domu oglądamy łupy ;)!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;17-08-07 (pt.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pekin. Metro do Xizhimen, zaś bus #106 do Pałacu Letniego (60Y całość, 30Y/15Y stud. - ogród). Bardzo przyjemnie, śliczne jezioro, górzysty teren.&lt;br /&gt;Zaś znów Sillicon Valley of Beijing (Zhongguancun).&lt;br /&gt;Pearl Market ponownie – zakupowe szaleństwo J!&lt;br /&gt;O 18:00 spotkanie z Kasia i Natem w SOHO na Hot Pot. Ten jest w pełni profesjonalny: gar podzielony na trzy części, w każdej inny rodzaj zupy (w zależności od stopnia ostrości). Domawia się do tego mięsa, warzywa, ale i tak najlepszy jest sos sezamowy, który smakuje jak masło orzechowe ;)!&lt;br /&gt;Spotykam chłopaków na Silk Street. Wracamy do domu hutongami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;18-08-07 (sob.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Taxi do Xi Dan – Airport Shuttle (17Y).&lt;br /&gt;Pekin 11.40 – Moskwa 15.55 (8.15h)&lt;br /&gt;P: W Moskwie spotykamy Andrieja – Rosjanina, który mieszka w Szwecji.&lt;br /&gt;Moskwa 21.00 – Wa-wa 21.15 (2.15)&lt;br /&gt;P: Znajomy Maurycego odwozi nas na dworzec. I witaj Polsko: pyskówka przy wejściu do pociągu zaraz... L ale home, sweet home J! 27h na nogach ;)!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rady ogólne:&lt;br /&gt;nie bierz w ogóle ciepłych rzeczy (max. jedną sztukę, a najlepiej nic nie brać i kupić na miejscu) - w dzień jest gorąco, w nocy tak samo: stoisz na słońcu leje się z Ciebie, masz plecak - leje się z Ciebie strumieniami, chodzisz z plecakiem - zostawiasz mokra plamę za sobą ;)!&lt;br /&gt;Jeśli ktoś lubi naturę i dzicz, to może być trochę zawiedziony... Hotele jak się nieco więcej zapłaci są nie najgorsze, ale w ogóle nie jestem do takich wakacji przyzwyczajony... Chiny są wielkie, my widzieliśmy ta część bardziej turystyczna, z zabytkami, ale na raz nie da się całości zobaczyć...&lt;br /&gt;Chińczycy wcześnie wstają i robi się ciemno ok. 19. Lepiej wcześniej wstać i przekimać się w jakimś środku lokomocji, niż tracić dzień! J&lt;br /&gt;Chińczycy noszą ręczniczek na ręce do wycierania potu, co w wysokich temteraturach jest wielce przydatne J!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Last, but not least: woda – to słowo nabierze pewnie nowego znaczenia, tak to było w moim przypadku J... Zaczęło się od „wody”, która występowała na ciało z gorąca i wilgoci, przez wody (herbaty) cieplej, którą pijąc zaraz miało się również wypoconą, aż do radosnych chwil pluskania się w orzeźwiających rzeczkach! W końcu w większości tez jesteśmy woda J!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5462473877702160492-1619912486770822965?l=micwasik.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://micwasik.blogspot.com/feeds/1619912486770822965/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://micwasik.blogspot.com/2007/10/wyprawa-do-chin-2007.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5462473877702160492/posts/default/1619912486770822965'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5462473877702160492/posts/default/1619912486770822965'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://micwasik.blogspot.com/2007/10/wyprawa-do-chin-2007.html' title='Wyprawa do Chin 2007'/><author><name>Michał Wąsik</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02660059989183667266</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5462473877702160492.post-8808410155952405616</id><published>2006-08-18T13:00:00.001+02:00</published><updated>2010-07-01T14:27:40.518+02:00</updated><title type='text'>Armenia, Karabach, Georgia 22.VII.2006 - 18.VIII.2006 (English)</title><content type='html'>&lt;h3&gt;Armenia, Karabach, Georgia&lt;/h3&gt;&lt;h4&gt;Michał Wąsik, Krzysztof Heimenn&lt;/h4&gt;&lt;p&gt; Armenia, Karabach, Georgia 2006&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Michał Wąsik, Krzysztof Heimenn&lt;/p&gt;    &lt;p&gt; These are supplementary information to the Lonely Planet guide 2006 filled up with personal observations and opinions. I was not the case to rewrite some historical facts, which one can find either in a tourist guide or on the plaques attached to some churches or monuments. Remember that with time some information can become outdated, so the best solution is: whatever the case – ask locals! They will be more up to date than this ;)! &lt;/p&gt;   &lt;p&gt; C - culture, people, customs&lt;/p&gt; &lt;p&gt; O – organisation, advice&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Currency: &lt;/p&gt; &lt;p&gt; 1 USD = 400 – 420 AMD&lt;/p&gt; &lt;p&gt; 1 EUR = 500 – 520 AMD&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Prices: &lt;/p&gt; &lt;p&gt; 1,5l sparkling water “Jermuk” – 300 AMD&lt;/p&gt; &lt;p&gt; bread/lavash – 80-160 AMD&lt;/p&gt; &lt;p&gt; tomatoes – 300 AMD / kg&lt;/p&gt; &lt;p&gt; white salty cheese (pl. bryndza) – 1.300 AMD / kg&lt;/p&gt; &lt;p&gt; bottled beer – 300 AMD / 0,5 l&lt;/p&gt; &lt;p&gt; candles - 40-120 AMD / each&lt;/p&gt;   &lt;p&gt; 90% of the land is above 1.000 m. Average altitude is 1.800 m. &lt;/p&gt;   &lt;p&gt; 22.VII.2006 (Sat.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Train 5:35 Poznan – Warsaw&lt;/p&gt; &lt;p&gt; Marshrutka Warsaw Central Train Station – Warsaw Fryderyk Chopin Airport&lt;/p&gt; &lt;p&gt; Plane Warsaw – Moscow&lt;/p&gt; &lt;p&gt; Plane Moscow - Yerevan&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 23.VII.2006 (Sun.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We arrived about 5:00 am to Armenia, YEREVAN, Zvartnots Airport. &lt;/p&gt; &lt;p&gt; You bought a visa for 30 USD for three weeks at the airport. &lt;/p&gt; &lt;p&gt; There is no public transport to the city before 7:00 am (only taxis). We slept two hours at the airport till 7:00 am. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 7:00 Marshrutka YEREVAN (Zvartnots Airport) – YEREVAN Kilikya Bus station (200 AMD / pers. + 100&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; AMD / luggage + 200 AMD for route modification ;)) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 8:00 Marshrutka YEREVAN Kilikya Bus station – SISIAN (2.200 AMD / pers.) &lt;/p&gt; &lt;p&gt; We met in marshrutka two Czechs: Vitia (48) and Lukasz (16) from Prague. We decided to travel together! &lt;/p&gt; &lt;p&gt; On the way we had a stop and some eggs, vegetables and tutovka (vodka made of tut). However a national &lt;/p&gt; &lt;p&gt; spirit of Armenia is cognac/brandy. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 12:30 SISIAN&lt;/p&gt; &lt;p&gt; We met an Armenian, called Vriez who offered us help. We went to the bar for a dinner. Typical Armenian dinner consists of: shashlik, bread, white salty cheese, seasoning (arm. ryhan), tomatoes, cucumbers, lemonade, beer, vodka 0,5l. Vriez told us about his Polish girlfriend – Kamila from Grudziadz, Poland – with whom he lived in Russia. &lt;/p&gt; &lt;p&gt; Vriez offered us - because of his great friendship towards Polish people - that he could show us the region, just for petrol. We intended to see Carahunge, waterfall and monasteries, but most of all Tatev Monastery. C: rus. kooshay, kooshay! ;) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Money exchange was already closed, but you can also exchange money on the street. Vriez collected his part by taking some coins for organising the exchange ;)… &lt;/p&gt; &lt;p&gt; He invited us to his place. The blocks of flats look quite ugly from the outside, but the flat itself was really cute. Vriez was divorced; he was seeing her daughter rather rarely. He bought a watermelon, which we ate at his place. While going through the yard, local kids poured water on us – there was kind of feast that day. It was hot, so the clothes were dry again in no time .&lt;/p&gt; &lt;p&gt; Taxi to CARAHUNGE (ZORATS STONES) &lt;/p&gt; &lt;p&gt; It is said to be an ancient observatory. There are dozens of standing stones. Some of them have hole to look through at the sky. &lt;/p&gt; &lt;p&gt;Vriez came with an UAZ in the evening, bringing us water and taking 5.000 AMD for petrol the next day. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Δ CARAHUNGE, tent&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 24.VII.2006 (Mon.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; MW: As we woke up there was a little dog sleeping just next to out tent, which did not even got up as we started to make noise ;-)… &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 8:00 Vriez comes with his UAZ&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; SISIAN Orthodox Church (6th century) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; On the way we refuelled. This also can take some time: first of all you have to pay for a patrol/gas. Then you receive a piece of paper with which you can go to the distributor. There is no self-service… 3.000 AMD. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Generally, the Armenian orthodox churches are rather dark inside, lightened only by the candles and daylight. Many people light one or more candles entering the church. Candle-stands are situated in front of an altar or next to the paintings of Saints. There is sand in candle-stands in which you stick the candle. People attach candles to the walls or just anywhere. You can encounter in many temples small pictures of Christ, Holy Mary or other saints attached to the walls. Some of them are even hand-made… When entering or leaving a church people make the cross sign three times with three fingers standing face to the entrance (also when leaving they walk backward!). The Armenians are not that strict as the Georgians – men can enter a church without having trousers. The church walls are decorated with stone carved crosses (khachkars). In most cases you can see some lizards crawling on the walls. &lt;/p&gt;   &lt;p&gt; O: take a torch to churches. They are rather poorly lighted. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; In this particular church in Sisian through the magnifying glass you can see a hair (probably animal’s) on which there are carved some crosses! There are some old books behind the glass. Pity that you cannot leaf (pl. kartkować) them through ;)… The person who sold candles was so kind that he rang a bell for us. Because it was five to (let’s say ;)) ten, he hit the bell 24 times ;)! The sound was really impressing: very sustainable, clear and extremely loud! &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; SISIAN Brothers’ Grave (rus. bratnia mogiła) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; By the church there is a new graveyard with people killed mostly at the war in Karabakh. Although the war ended theoretically in May 1994 (exchange of prisoners of war), the latest graves was from 2003-2004…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; SHAKI WATERFALL (rus. wodopad) – 18m high&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; There is a power station on the way, which uses water from a river. For “turning the waterfall on” they wanted 5.000 AMD… Greedy ones…&lt;/p&gt; &lt;p&gt; The waterfall is nice, but I could not see a great difference with or without extra water… Generally an esthetical impression in Armenia is almost always disturbed by litter … In this case there was no exception…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; The Czechs and Vriez had a dinner, similar to the previous one, but with swine and only 0,25l vodka. 7.800 AMD / 3 pers. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; VOROTNAVANK (9th-11th century) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; C: vank means church, monastery. The names are often created of the name of the village (place) + a + vank. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; This place is rather off the beaten tracks. It was deserted, alone-standing, a bit scary, but with a great climate! &lt;/p&gt; There were some khachkars lying on the floor of the monastery. The walls inside were covered with smoke in places where candles were lighted. In such a non-tourist places like this one there were no candle-stands.   &lt;p&gt; C: an infinity sigh is often placed on the graves (a circle with “petals” inside). &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; HOT POOL&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; In the village there is a small (ca. 3 x 4 m) hot pool with some algae inside. The bath is very refreshing! &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; C: women bath in clothes (not in swimming suits)… &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; When trying to make some photos with Holga - analogue camera - Kris thought he was stepping into a small puddle. In the fact he stepped into a great hole on the bottom of which there were sharp stones. He fell down till his belly, but camera was saved :)! I applied a dressing on the leg (tibia – pl. piszczel). However it hurt for couple of days. The scab (pl. strup) reached Poland for weeks later… This accident influenced our plans in that way that we resigned from hiking in a southern part of Armenia…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; LOR&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Lor has an orthodox church with a very interesting portal. The villagers opened the church for us. There was only rubbish inside. Allegedly there was a secret passage from the altar to the roof of the church used as a hide in the time of invasion. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; O: there are a lot of springs (also mineral or sparkling water) in Armenia from which you can drink water (on you own risk of course, but local do so ).&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Vriez tries to repair his vehicle with five other villagers… ;) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Dinner at Vriez cottage house (rus. dacha). We had some meet from the can but cognac/brandy made it good for us. We met Andreas (41). &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; C: lavash is kind of thin bread. It is very useful: you can dry it and later just sprinkle with water and it is already good to eat! ;) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; VILLAGE ON THE END OF THE ROAD&lt;/p&gt; &lt;p&gt; We visited an Orthodox Church in a centre of a village. It was closed - we saw it only from outside. Later on we were in an Orthodox Church on the hill, not in the village (hand-made paintings). There were some crosses and rosaries hanging on the walls. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Δ CARAHUNGE, tent&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 25.VII.2006 (Tue.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 9:00 Vriez picks us up with his UAZ. Way to TATEV MONASTERY leads up&amp;amp;down and so on… &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; DEVIL BRIDGE&lt;/p&gt; &lt;p&gt; There is a great view from the road to the canyon below. By the road there is a sparkling/mineral water spring ! Going down the path there is a small hot pool, where you can bath. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; TATEV MONASTERY (built 895-906, 12th century church) &lt;/p&gt; &lt;p&gt; In the monastery the first thing that catches an eye is a crane, used probably for a renovation ;)… There is a spring in the monastery. The whole complex is quite complicated, with a lot of small passages and hidden chambers. The yard is filled with majestic khachkars. Some of floors are made of marble. There is a grave of ST. GREGORY THE ILLUMINATOR. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We had a dinner on the crossroads between roads Goris-Sisian and Tatev 12.000 AMD / 5 pers. (2.400 AMD / pers.). It was quite typical: swine, seasoning (ryhan), white salty cheese, tomatoes, cucumbers, onion, bread, beer, tutovka (an alcohol made of arm. tut = ang. quince = pl. pigwa), lemonade, water (no coffee). &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; SISIAN&lt;/p&gt; &lt;p&gt; RAM STONES PARK&lt;/p&gt; &lt;p&gt; There are some carved stones and khachkars to see near the centre of Sisian, in front of a museum. In fact nothing particularly interesting, what you cannot see anywhere else ;)… &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; The MUSEUM was already closed, but the guard let us go in. He quickly showed us the stuff and at the exit asked for 2.000 AMD in total… ;) The museum looks like a large house with old things put inside… Some of the exhibits were interesting, but you can see the museum is not very often visited…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We went to a BAR by the second petrol station in the suburbs of the town. We got there quite early, so they had to organise staff for us… Kris and I had one Kilikya Beer, Vriez had something like four or five… The whole day he was not in the mood…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Vriez showed us some Armenian dance, which performed by him rather did not impress us. Later on, in Karabakh we saw a girl dancing at the concert, which we liked much more – Orient style ;)! We watched some Armenians video clips: some were below any criticism (old, fat man in a jail clothing), others were just Russian language versions of international hits and others were quite funny (young macho guys driving big cars through Armenia) ;). &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; CARAHUNGE&lt;/p&gt; &lt;p&gt; When leaving us Vriez asked how much we will give him for driving us, suggesting about 50 USD per person, which is 200 USD ! After two hours of negotiation he received in total 30 USD (2x10USD from Czechs and 2x5USD from us). In the bar, where we met he told us he can drive us for a fuel. We paid always more for the fuel, he ate and drunk with us. He threatened us that he had a gun (rus. automat) in the garage. He said he will pick us up in the morning and drive us to Sisian, to marshrutka station, whatever we give him money or not… We did not trust him from that time on and decided to sleep somewhere else in case he comes back with a “support” . It was already dark and there were some serpents on the road… That was the most unpleasant situation that happened to us during the whole journey…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Δ by the CARAHUNGE, tent&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 26.VII.2006 (Wed.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 6:30 We walked to SISIAN. On the way there was another petrol station (first one). A marshrutka driver took us to Sisian for free . We had some time till marshrutka leaves, so we made some food shopping. Vitia&amp;amp;Kris met Vriez in a bar. Allegedly he looked a bit shy and was sorry for the evening before, but did not give the money back… The guys drank cognac and it seemed to be ok. I must admit that he held his word and wanted to pick us up in the morning, although the day before I said we do not want it, but to be honest the case was not 100% clear... He came to marshrutka some minutes before departure and asked if I was offended and he asked me not to be… I think he did wrong, but in the end one should not bear a grudge (pl. zywic uraze), so I said it is already ok and we left to Stepanakert…&lt;/p&gt;v  &lt;p&gt; 10:30 Marshrutka Sisian – Stepanakert (via Lacin) &lt;/p&gt; &lt;p&gt; Normally you need a visa for entering (MOUNTAINOUS) NAGORNO-KARABAKH (claiming independence 1987-88, cease fire 1994, NK is not recognised by international community as a country). It costs 25 USD. However we heard from people you can pass without it, so we decided to have a try ;)! There was actually no boarder control. A driver got out from a car for a minute and we drove further. There was not any passport control by the policemen in the country at all ! One can notice that he or she already entered Karabakh by the quality of roads – they were newly built !&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; STEPANAKERT (Mountainous Karabakh) &lt;/p&gt; &lt;p&gt; We just jumped off from the marshrutka and jumped in to a taxi to get to the Artsakh museum. The museum (two floors) was very interesting: from the Stone Age period, to the heroes of the recent war. There was a photo of a first tank and its operators, as well as the place dedicated to the women snipers… Our good friends Czechs had an appointment with a taxi driver to take them back to Yerevan the same day…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We asked for a place to sleep at the grocery stand. We found ZOYA BABA place at the Sasuntsi Davit Street 19. There were four beds in the room (1.000 AMD / pers.). You should count with it that a stranger will sleep in the same room as you do… For the first night that was the case (one person extra). The second night we slept alone (we liked Stepanakert so much, we decided to stay longer ;)). &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; There is a great thing to eat: kind of batter (pl. ciasto) with dressing (spices). It is green and very tasty! &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; At “ZOYA BABA HOSTEL” (that is how we called it ;)) we finally had some hot water to change the bandage at Kris’s leg. The upper part of the injury was ok, but the lower one, deeper and still wet. As a solution I decided to dry it: first of all we put some hydrogen peroxide (pl. woda utleniona) in gel and we put regular powder on it. As we found out later on – it worked!  Later on I found out that one should put “wet to wet” and “dry to dry” injuries…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Mountainous Karabakh is a separate country not acknowledged by the international community. It has its own parliament and president. A new orthodox church is being built in the downtown. Stepanakert was very quiet and peaceful. People were friendly, smiled and look happy. Many buildings were being renovated. Maybe it was because the war was ended and they enjoy the freedom… We met a butcher who opened a bottle with his eye! ;) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; C: there was a very interesting thing called “gulanie”. It is not a literal translation, but we understand it that way: when it is not that hot (about 18-20 o’clock), people go out on the streets and walk. They are beautifully dressed: woman with make-up, men trousers and elegant shoes. Men and woman hold their hands while walking (I mean woman+woman and man+man! – it is normal ;)). They walk slowly, look around without haste. Good thing is that is does not happen only during the weekend, but also on the regular working days ;)! &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; In the evening we tried “gulanka” . We really liked it! We have not noticed any hard drunken men, or quarrels or fights… &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Of course going back home we lost our way (we not that drunk ;)), but we came across a youth hostel, but do not ask me where was it ;)… &lt;/p&gt; &lt;p&gt; ΔΔ “ZOYA BABA HOSTEL” &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 27.VII.2006 (Thu.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 9:00 Marshrutka STEPANAKERT – GANDZASAR (500 AMD / pers.) &lt;/p&gt; &lt;p&gt;The road up to some kilometres before the village is good. From the GANDZASAR we had to walk a bit to the top of the hill. When we walked - before the monastery - there were lizards sneaking away just in front of us. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; GANDZASAR MONASTERY (13th century) &lt;/p&gt; &lt;p&gt;Looks like being renovated and well cared for (pl. zadbany). &lt;/p&gt; &lt;p&gt;We saw a priest for the first time on this trip. He wore black robe and a huge golden cross on his chest. He himself was big, too. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; GANDZASAR&lt;/p&gt; &lt;p&gt; There was an American style hotel in the shape of a boat. Beneath was an artificial waterfall and swimming pool. We found it as rather trashy (pl. tandetny). &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Marshrutka went back at 15:00. We almost missed it, because it goes back from another place than it arrives… ;) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; STEPANAKERT&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; At Zoya’s place there was no bathroom, so you have to wash yourself in a basin outside the house ! Zoya (82), her sister and other woman told us about the war, that when people hear an aircraft, they were afraid of bombs, everyone has lost someone from a family…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; For me Stepanakert will be remembered as a “city of women” … Because of the losses during the war and guarding boarders with Azerbaijan in the time being, there were very few men in Stepanakert…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We were at the concert of a guy from Yerevan. Average age of audience was about 14-15 ;)… People were sitting in chairs. During the concert of a star there was a dance performed by a woman. The music was disco/hits – not exactly our type, but as an experience it was interesting. They were so friendly, that they let us go in for free (we were a bit late) ... Normally it cost 600 AMD / pers. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; For the evening part of a centre is closed to have space for “gulanka”. There was a huge video screen with some competition like Eurovision transmitted from Russia. There was a performer from Karabakh, too! &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; ΔΔ “ZOYA BABA HOSTEL” &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 28.VII.2006 (Fri.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; One of the women collected money for a trip to Russia to her parents who abandoned her in the childhood. We gave her 10 EUR each. That was surprising she did not want to take it at all. We knew how much she really needed it (they tried to sell some pots), but she refused to accept it till Zoya convinced her…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Marshrutka STEPANAKERT – SHUSHI (SHOUSHI) (200 AMD / pers.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; A guide-woman from the museum told us about an “umbrella” (rus. zontik), which was a allegedly a good place to put a tent. We did not try it, because we stayed at Zoya’s place. &lt;/p&gt; &lt;p&gt; It was written in a tourist guide there was a church in Shushi. It was – but modern ;)… Keep in mind: if it is not written from which century, it means it is modern!  That was actually not what we expected… But it was built like the old one (construction) ;)! &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We tried to hitchhike, but the traffic was rather poor ... Finally a car stopped and offered to take us to Goris for 5.000 AMD (2.500 AMD / pers.). We were bored of waiting, so we jumped in!  We slept almost the whole way so I did not even noticed when we passed the “boarder” ;)… &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 15:00 GORIS&lt;/p&gt; &lt;p&gt; Till 18:30 we waited for any marshrutka to Getap. The guy from the car told us there will be one, other people told us the will be none, than he told us there was nothing coming today – so probably his previous opinion was to eager us to drive with him to Goris for money… Well, shit happens… &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; While eating by a shop (great smoked cheese! ) some kids gave us three cucumbers! How nice ! We rewarded with a some pencils! ;) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; People wanted to drive us to Getap, but it was too expensive for us. We decided to have a walk. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We met an American guy – Jazz – who was saying to the locals he was from Poland (not to be associated with wellness and not to be associated with a country that is terribly poor) ;)… First of all he was saying he is from South Africa, but the locals could not catch it, how can he not be black – so he switched to Polish origin ;)… &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; When we went out from the city we started to hitchhike. We caught car to the crossing of the roads Goris / Sisian / Tatev (we had a dinner at the place before). Just after a couple of minutes there appeared a marshrutka. We got to intersection Getap/ Yeghegnadzor. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Δ 200 m before GETAP, by the river, among onions and with a huge black-yellow spider &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 29.VII.2006 (Sat.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We walked towards SEVAN LAKE. &lt;/p&gt; &lt;p&gt; Hitchhike 5-7 km for free .&lt;/p&gt; &lt;p&gt; Hitchhike BMW to Martuni. Unfortunately there was a bad weather on the pass… &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; MARTUNI&lt;/p&gt; &lt;p&gt; On the market I received two peaches for free. Later on I bought half a kilo ! I had my sandals repaired (500 AMD for stitching shoes around). We had a dinner in the restaurant: 2x shashlik, 1x kebab, bread, tea, coffee – 3.500 AMD (1.750 AMD / pers.) There was a very pleasant service – a nice Russian woman. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Marshrutka MARTUNI – NORADUZ&lt;/p&gt; &lt;p&gt; The weather was rather bad, it rained…&lt;/p&gt; In NORADUZ a guy by the petrol station expected some gifts from travellers, but he was too insistent (pl. nachalny) to receive one… &lt;p&gt; There was an interesting cemetery on the hill. &lt;/p&gt; &lt;p&gt; We met a shepherd grandma. He was very happy as he received a cap for his grandson from us! It is beautiful how relatively easy you can make people happy – great!  We met a couple from Quebec. They endorsed us to trek Debed Canyon. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Hitchhike to LAKE SEVAN (75km x 37 km, max. depth 100m – before lowering water level) &lt;/p&gt; &lt;p&gt; The guy took us, when we got off he wanted 5 USD for two of us, without saying anything earlier … As usually in such cases he threatened that he would kill us and so on… He was for 30 years a taxi driver and knew all other taxi drivers standing by the road… He received 1.000 AMD / pers. and by mistake a company cap (I wanted to give it to his for a drive)... Anyway - Bastard! &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We had a shitty weather and it was very cold .&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; A drunken guy trying to get us to the birthday party… We were too tired and not in a mood, but he repeated himself couple times being very funny ;). &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Talk with a guard of bisetkas (benches+tables). &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Δ LAKE SEVAN (west side, full of cows’ shits) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 30.VII.2006 (Sun.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We walked for about 2h towards Sevan along the lake. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; SEVAN MONASTERY (SEVANAVANK, 874 AD) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; There were two orthodox churches beautifully situated on a peninsula, on the hill with a view to the lake. On the peninsula itself, the president of Armenia had its fenced house (guarded by soldiers) and there was an Armenian Orthodox Church Seminary. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; During the weekends there were a lot of people. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; There are camping sites: 1.500 AMD / tent or 7.000 AMD / container. There were relatively clean lavatories, running cap water and some benches+tables (rus. bisetka) – you had to pay extra for it. We took a tent - of course - on the north side ;)… The south side was less windy, had more sun, warmer, but there was a lot of people, smoke from BBQs, noise from discos and bars. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We even saw hummers (terrain cars) – Kris for the first time in his life !&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We witnessed a fight on the camp site with women screaming, but it was the only time in Armenia.  &lt;/p&gt;&lt;p&gt; In the evening we had our first Armenian wine (Areni). Although during a day south side of peninsula looked booming, in the evening at 23:00 there were already no dances and very few people…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Δ SEVAN PENINSULA (north side) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 31.VII.2006 (Mon.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; One Armenian asked me if I had anything to grill at. I did not have, but I found some wires he was satisfied with. He invited us for a breakfast: aubergine (pl. bakłażan), tomatoes, lot of vodka. We danced till 12:00 hearing a loud music from a car – it was fun!  The guys were from Yerevan: Tommy – the diamonds jeweller and three other guys (among them a former samba world champion with a 20cm scarf from a knife) and one woman. &lt;/p&gt; &lt;p&gt; Not fully sober we said goodbye and decided to try some crawfishes (rus. rak). They hold them in the cages in the lake. They were green when uncooked and red when ready to eat – unfortunately they were cooked alive…  We had four pieces each for 1.500 AMD / pers. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Hitchhike with a policeman/military guy to DILIJAN. He bought us a corn !&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Marshrutka Dilijan – HAGHARTSIN (150 AMD / pers.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; HAGHARTSIN MONASTERY (12th century) &lt;/p&gt; &lt;p&gt; From the road you have to go 6,5 km up the hill. It is a beautiful remote area with some places for BBQ. The monastery complex was well preserved. We saw there for the first time on our trip some nice postcards to buy… On the way back we saw a killed serpent on the road…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Hitchhike Haghartsin to 7km before Gosh&lt;/p&gt; &lt;p&gt; Hitchhike 7km before Gosh to Gosh – marshrutka for free !&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; It is about 4 km walk to GOSH from the river level. The monastery GOSHAVANK is situated centrally in the village. Accidentally we met a guide grandma, who worked in a monastery for about 30-35 years and she let us sleep by the monastery .&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; There was a lot of kids playing and sliding down the hill on a crushed 1,5l plastic bottle …&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Δ GOSHAVANK (built by Mkhitar Gosh in 1188 AD) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 01.VIII.2006 (Tue.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; There is a museum consisting of two rooms in this monastery complex (a voluntary contribution). A guide grandma can tell you about the monastery, too. For example: earlier there were some jewels attached to khachkars, but the invaders stole the stones. The only thing left are holes after it… We saw an eagle !&lt;/p&gt; &lt;p&gt; There was a lake about 2 km from the village, but we did not find the way… Kris was leading ;)… &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Walk from Gosh to the road Dilijan – Vanadzor. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Hitchhike / taxi  - intersection Gosh / Dilijan – Vanadzor – Vanadzor (700 AMD / pers.) &lt;/p&gt; &lt;p&gt; Bus Vanadzor – Gyumri (450 AMD / pers.) &lt;/p&gt; &lt;p&gt; Bus Gyumri – Marmashen (100 AMD / pers.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We took some funny photos with an old car wreck ;). The monastery was about 2 km away from the village. On the way there was a “fish breeding pool”. &lt;/p&gt;   &lt;p&gt; MARMASHEN MONASTERY (built 988-1029 AD) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Very beautifully situated church – in the valley, by the river, surrounded by an orchard! &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We went back to the pond to fish, but without a success. However, there were a couple of ultra sweet puppies! &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Δ MARMASHEN MONASTERY (in the river valley) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 02.VIII.2006 (Wed.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; There were two waterfalls, which can serve as COLD showers !&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Bus from a village (which one? – dunno…) – Gyumri&lt;/p&gt; &lt;p&gt; Bus Gyumri – Artik&lt;/p&gt; &lt;p&gt; Bus Artik – Haritch (very helpful grandma in a bus, although she did not speak Russian…)&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; HARITCHAVANK (7th–8th century) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We met the father of Gagik, the guy described in Lonely Planet. They both were very dear… We gathered a couple of men. Ashtot promised us to organise a place in a truck going to the shepherds’ summer camp in the mountains for free ! We intended to go towards former volcano Mt. Aragats (4090 m high). &lt;/p&gt; &lt;p&gt; We made some shopping and bough ice-creams for the guys (instead of vodka). One guy was very burdensome (pl. uciążliwy) and wanted money for vodka. A Russian proverb says: “there is no village without a dog”… He received just a little money…&lt;/p&gt; &lt;p&gt; Gagik came later. He told us the history of a monastery (made of tuf – very popular building material in Armenia: better isolation than a brick, no fungus – not as mortar (pl. zaprawa)) and a legend (the columns were once removed by the invaders, but the church was untouched. They got frightened and put the pillars back on their places. Today they stand a bit uneven). Gagik supported us a lot of useful information. He also offered us a stay at his place, but we had to move on…&lt;/p&gt; &lt;p&gt; Ashtot took us to the place where a truck should be. On the way an owner of beehive invited us to his house. The house interior was beautiful. He treated us with honey in different forms (honeycombs – pl. plaster miodu) and ayran (pl. +- kefir). Very hospitable welcome ! As a gift we received a jar of honey !&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; As we were jumping on the truck’s trailer (opened), the sky was very dark. A couple minutes after we started to drive, it began to hail… We were on the truck with three shepherds/farmers. They had some foil to protect them from a hail and rain. We had our “waterproof” jackets, but we got wet from head to foot …&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; s we reached the summer camp, we started to walk towards Mt. Aragats… As we were coming closer we had an impression that a peak changes its localisation …&lt;/p&gt; &lt;p&gt; There were no footpaths or anything…&lt;/p&gt; &lt;p&gt; We were just going to the azimuth … Till we came to the very steep river valley, which we did not see earlier… We decided to go a little bit lower and reach its tributary (pl. dopływ), but Kris went to the very bottom of the valley … It was getting dark, we had no visual or voice contact, but we fortunately found each other (but there was a bit of stress)… You walk there through bare stones. From time to time you come across a spider’s web – a very strong one: you feel resistance when trying to break it with a leg. The spiders are also cute ;)… By the river we saw some tents of shepherds. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Δ MT. ARAGATS Mountains (in the river valley) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 03.VIII.2006 (Thu.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We wanted to start walking early, but it was either dark or too wet…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; First of all we had to cross the river which had a couple of arms – barefoot ! Brr…  The distance we walked the previous day accidentally down, we had to make up for it that day, which was quite tiring, especially, because there were no trails, you walk through bushes, stones, springs and so on … Good we were mostly hidden in shadow !&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We reached a plateau (pl. płaskowyż) and it started to hail. It hail from this moment on almost all the time with short breaks . First of all we wanted to wait till the hail stops, but later on we came to the conclusion it made no sense…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; As we reached ridge (pl. grań), we thought we were almost on Aragats. It was not true, of course !&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We have hidden our big backpack, took only indispensable (pl. niezbędne) things and headed towards the peak. It changed it localisation a couple of times again … We run out of water, so we started to drink from the hollows in the stones. There was a plenty of water from the sky anyway ! From this time on the road led through slippery stones with hail on it, wind, rain and cold, but it was possible to avoid a snow. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Finally we reached the peak, the one with a metal cross. There was no extraordinary sun, but there were no clouds for a moment, so we enjoyed the gorgeous views ! We had no symptoms of altitude disease. Just a few minutes after we reached the top Kris noticed that his hair was beginning to stand up… It happens before the thunderstorm… We did not even considered reaching the other peaks of Mt. Aragats (there are four of them), especially standing next to the metal cross … After a couple of lightings, we heard some thunderclaps (pl. grom) – on this altitude they are really loud ! Everything motivated us to go as quickly as possible down…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We found our backpacks and reached a plateau on the left-hand side of the ridge going back from the mountain. &lt;/p&gt; &lt;p&gt;We pitched out tent in a heavy rain…&lt;/p&gt; &lt;p&gt;Kris had a terrible leg muscle ache. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; A flock (pl. stado) of sheep encountered us. A shepherd corrected our supposing (pl. przypuszczenie) about our localisation. We thought we were heading south, toward Byurakan, but in the fact we were still on the west side of the mountain. The round lake we saw was not the one with a base camp described in Lonely Planet… He told us that Byurakan was about 80-90 km from there and the closest village was Artik, about 35 km away… It is difficult to estimate if the distances were true or not…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Δ MT. ARAGATS Mountains (plateau, west side of the mountain) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 03.VIII.2006 (Fri.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We have to admit we had no good map. We had one map from 1973, scale 1:100.000 (the best what we could find on the web). We could not buy anything better in Armenia, either…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; The night on this altitude was really cold !&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We decided to check the info from the shepherd and we walked towards our round lake (NW). The shepherds we met confirmed former unfavourable info… So we started to walk (Kris had leg muscle ache!)… We managed to catch an UAZ, which took us about 5 km. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; The most dangerous thing was dogs of the shepherds. Really be aware of them! People told us that if they approach one should squad (pl. kucać) and have a stone in a hand. Did not work…  We came across a couple of pack of these dogs, but normally there was one, two and seldom three of them. Normally there was a shepherd which told the dog be calm and quiet. &lt;/p&gt; Once it was not the case: we were going about 0,5-1 km away from a settlement. First of all we saw three dogs running, than another three and behind them two more… We were walking in a distance with Kris, so they had two targets… I tried to protect myself with a backpack (going backward and putting it in front of the legs), tried to squat, but there was no effect. We simply retreated, hoping they do not bite us. After couple of minutes someone finally came out of the settlement and started to call off the dogs, but they were not very obedient… I noticed that if you look back, they attack you again… Fortunately they did not bite us and we went away, but it was tough… By the way: a Caucasian shepherd’s dog can weight up to 100 kg…  &lt;p&gt; When going down out feet began to “melt” – it was extremely hot again…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; When going to the town a taxi driver stopped and offered us a ride for a donation or for free. It was what we needed ! We gave him 500 AMD as a reward. He brought us to the place, from which marshrutkas were going to Yerevan. We had a beer, which tasted awesome !&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Marshrutka ARTIK – YEREVAN&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; YEREVAN&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; By the bus station there were some good street bars and fast foods. In the Republic Square there was free tourist information, but much better one was Armenian Tourist Information on one of the streets by the Republic Square (former Lenin Square). &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; They can arrange a place for you (phone call). We received a place by Anahit (around 60) for 4.500 AMD / pers. / night. As we found out later, she was in a new edition of Lonely Planet and that was the reason why we had to pay that much. The place was very interesting, because there were paintings everywhere (Anahit’s father). She can support you with any kind of information. She can arrange a laundry/washing machine for 2.000 AMD / 4-5 kg. The conditions were really good. Address: Anahit Avedisian, 5 Soyat-Nova Ave., 3rd. floor apt. #6, Yerevan. Tel. (37410) 581617. 6+key+7510. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; In the evening we cultivated “gulanka” ! By the fountain in the Republic Square there was classical music and fountains “dancing” to it… We had some beers in the street gardens … Yerevan was very beautiful. There were a lot of green areas, parks, cafes, fountains, bars and drinkable acid (rus. kwas) . The centre looks well off and peaceful. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Δ YEREVAN (Anahit’s place) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 05.VIII.2006 (Sat.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 10:00 Matenadaran (1.000 AMD / pers., if you want a guide 2.000 AMD extra) Manuscripts Museum. It is said there were around 12.000 manuscripts, but for the audience there were only two rooms opened. Anyway it was very impressing – masterpieces! There was also a manuscript of Copernicus, donated by Aleksander Kwasniewski – president of Poland (I wonder why he gave away Polish national heritage?!)… &lt;/p&gt; &lt;p&gt; Mother Armenia can be seen from the Matenadaran museum. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Erebuni Museum and Fortress (1.000 AMD / pers., 782 BC) It was not that impressing. The ruins of fortress were even worse… It is hard to believe the frescoes were orginal…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Blue Mosque (1700 AD) &lt;/p&gt; &lt;p&gt;A very charming Iranian lady showed us around. We had a delightful chat with her! &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Cascade – evening. Great view, another good place for “gulanka” ! Romantic place… On the top there were almost only couple and two of us !&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Atlantic Discotheque – endorsed by Tommy and samba world champion. House music, middle size, cool bouncer ;) – first of all wanted money for entrance and later let me go for free (some people had to pay, other not). Kris was not even asked for entrance fee… &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Cheers Pub – for ex-pats. We got screwed in kind of “Erasmus Party” with a lot of Spanish people. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Opera Club – looks prestigious, but is also middle size. Too posh for us! &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Δ YEREVAN (Anahit’s place) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 06.VIII.2006 (Sun.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We visited an Orthodox Church Katoghike among the block of flats. We were lucky, because we landed to a mass. During the transition a curtain is closed, so that a faithful cannot see the altar. A mass was celebrated by a couple of priests. It was accompanied by singing. After a service (pl. nabożeństwo) people eat together, share bread and other food. The main priest blessed particular persons. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Vernissage – painters, flea market. &lt;/p&gt; &lt;p&gt; We sold our fishing rod and windlass (1.000 AMD) (pl. kołowrotek). &lt;/p&gt; &lt;p&gt; Kris bought some cds. &lt;/p&gt; &lt;p&gt; Big orthodox church by the bus station – a new one. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; There were a lot of wedding on Sunday…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We had an appointment with Anahit to pick up our clothes at 18:00. She came at 19:00. You have to calculate such things when travelling in the East… Maybe she was not happy we did not stay longer?!… &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Bus Yerevan – Echmiadzin (550 AMD / 2 pers.?) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; ECHMIADZIN is surrounded by walls. It is situated in the village. This is a place where Catholicos (kind of pope ) lives. There is also seminary (two others are in Gyumri and on the Sevan Peninsula). It has beautiful gardens, a monument for remembering a visit of Pope John Paul II, khachkars and bushes. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; O: By the way - you cannot find “Echmiadzin” on the map. The village has a different name (dunno which one ).&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Δ Echmiadzin (outside the village) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Kris decided to sleep outside a tent. Suddenly he saw a man going down a path. Once the man saw our tent he run away. Then he sneaked to the tent and sat in the bushes. Kris started a conversation with him, but the guy seemed to be crazy: first of all he said he was a guard and watched out so that people do not bury meadow, then he was looking for a meat (?!), later he offered us a woman and wanted to find out if I (I was laying in the tent) am not dead… From security reasons we decided to move a tent somewhere else. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Δ We put our tent by kind of agricultural farm and slept well …&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 07.VIII.2006 (Mon.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Echmiadzin Cathedral (3rd century) &lt;/p&gt; &lt;p&gt;By the entrance, below a bell there is a scorpion on the ceiling. Allegedly there was a spear of a Roman soldier, which stabbed Christ on the Cross! On Mondays the museum is closed …&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; St.Gayane Orthodox Church &lt;/p&gt; &lt;p&gt;The girl told us a story of a beloved couple. One of them lies there. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; St.Maria Orthodox Chuch &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; St.Hripsime Orthodox Church&lt;/p&gt;   &lt;p&gt; Bus Echmiadzin – Zvartnots (250 AMD / pers.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; ZVARTNOTS CATHERDRAL (normally 1.000 AMD / pers., but after negotiating we get in for 500 AMD / pers., 641-661 AD) &lt;/p&gt; &lt;p&gt;Ruins of cathedral…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Marchrutka Zvartnots – Yerevan (250 AMD / pers.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; A bus station to Garni. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; O: very hard to find it and to get information when a bus leaves… Good luck !&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We met two Czechs: Robert (administration worker) and violin maker (I am sorry – I forgot a name). &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; They just applied for a visa to Karabakh, so they got a bit depressed, as we told them we were in Karabakh, without any visa they got a bit sad ;)! Sorry guys !&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Bus Yerevan – Garni (250 AMD / pers.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Hitchhike Garni – Geghard&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; GEGHARD MONASTRY&lt;/p&gt; &lt;p&gt; It is located at the end of a road. The mountains surround it from three sides – very climatic ! Here allegedly was stored a spear of a Roman soldier, which stabbed Christ on the Cross prior to moving it to Echmiadzin! I felt like Indiana Jones! Part of a church is in the rock. When you enter, the birds are flying away. A spring begins in one of churches… Going up the mountains you encounter a lot of bushes with clothes strips on it. There were also a couple of caves. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Δ GEGHARD (on the hill, with the view to the monastery) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 08.VIII.2006 (Tue.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; GEGHARD MONASTRY (4th century, church in rock 6th century) &lt;/p&gt; &lt;p&gt; It was so impressing, that we had to have a look for the second time (caves by the entrance). &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Hitchhike Geghard – Garni on an opened truck&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; GARNI TEMPLE (Hellenistic, 1st century AD) &lt;/p&gt; &lt;p&gt; It looks like a Greek temple. Beautiful mountains and river valley surround it. &lt;/p&gt; &lt;p&gt; One can see it has been renovated and it distracts a bit the atmosphere…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Bus Garni – Yerevan (250 AMD / pers.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Marshrutkas in Yerevan cost 100 AMD / pers. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; O: Sometimes you have to go to Yerevan to get a transport somewhere else…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Marshrutka Yerevan – Hradzor (500 AMD / pers.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; O: great bun with kebab, onion, ketchup, mayonnaise, seasoning and green hot paprika. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Bus Hradzor – Tsakhadzor (100 AMD / pers.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; TSAKHADZOR&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We met a guy (around 45) who was for six years in Poland. He spoke great Polish. He runs a company of paragliding and ski. Address: Simonian Mikhael Joraevitch, Sports &amp;amp; Tourist Club “Troyka”, 21, Bratiev Orbeli Str., Tsakhadzor, Armenia. Tel. (374) 557592, e-mail: armgel@rambler.ru. For example: ski, 10 days inkl. Hotel and food – 450 USD. Paraglide (30 flights), inkl. course – 350 USD. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; TSAKHADZOR MONASTERY&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; “Gulanka” in the town square. Kids trying to be our friends and asking for money… &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Δ TSAKHADZOR (out of the city, by the river) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 09.VIII.2006 (Wed.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Bus Tsakhadzor – Hradzor (100 AMD / pers.) &lt;/p&gt; &lt;p&gt; Marshrutka Hradzor – Road to Sevan (100 AMD / pers.) &lt;/p&gt; &lt;p&gt; Hitchhike/car Road to Sevan – Dilijan (1.000 AMD / pers.) – a carpet was ised as upholstery (pl. tapicerka) &lt;/p&gt; &lt;p&gt; Hitchhike/car Dilijan – Vanadzor (500 AMD / pers.) &lt;/p&gt; &lt;p&gt; Bus Vanadzor – Odzun (550 AMD / pers.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; ODZUN CHURCH (6th century) &lt;/p&gt; &lt;p&gt; For the first time we spoke with a priest. He opened a church for us and let us through, even sang for us !&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; ODZUN RUINS OF A MONASTERY&lt;/p&gt; &lt;p&gt; It is beautifully situated by the cliff. There is another church attached to the cliff, but I could not find any path to it (cliffs were very steep). I do not know how people could built it and attend it…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; There were eagles flying above us. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Δ ODZUN (behind ruins of a monastery) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 10.VIII.2006 (Thu.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Lot of ants in a backpack… &lt;/p&gt; &lt;p&gt; This day there were five eagles. Their flight is very majestic…&lt;/p&gt; &lt;p&gt; By the monastery grows Indian hemp… ;) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Walk down the hill and later to the road…&lt;/p&gt; &lt;p&gt; Hitchhike Odzun – Road to Debed River Level&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; ALAVERDI&lt;/p&gt; &lt;p&gt; Marshrutka Alaverdi – Alaverdi Brigde ( AMD / pers.) &lt;/p&gt; &lt;p&gt; Bus Alaverdi Brigde – Sanahin &lt;/p&gt; &lt;p&gt; Bus Sanahin – Sanahin Monastery&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; SANAHIN MONASTERY (started in 900 AD, library built in 1062 AD, flourishing in 12th century) &lt;/p&gt; &lt;p&gt; There were gravestones put on a floor in a church. &lt;/p&gt; &lt;p&gt; Kids accosting (pl. zaczepiać) tourists. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Bus Sanahin - Alaverdi Brigde&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; O: You can eat blackberries by the road. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Hitchhike Haghpat Road (military guy) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Hitchhike Haghpat Road - Haghpat Monastery (Jermuk van) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; HAGHPAT MONASTERY&lt;/p&gt; &lt;p&gt; A woman quarrelling and yelling for all the time &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We found a great place for a tent in a valley by a river, behind bushes. &lt;/p&gt; &lt;p&gt; A trip to restaurant, but it was closed (if it ever was opened )&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Δ HAGHPAT (in a valley by a river, behind bushes) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 11.VIII.2006 (Fr.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Food left on a tree in a container was gone. The container was destroyed… Anxious thing…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Bus Haghpats – Armenian/Georgian Border&lt;/p&gt; &lt;p&gt; We wanted to go only to the next village, but we passed it and the bus came directly to the boarder. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; O: to leave Armenia, you have to be checked out. That means that if you stayed longer than your visa foresees, you have to pay extra (allegedly 3 USD / day). Anyway you have to be patient on the border… In our case it lasted about 2h. For marshrutkas it takes even longer…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Some language points: &lt;/p&gt; &lt;p&gt;Polish pronunciation: Barev dzez - hello&lt;/p&gt; &lt;p&gt; Polish pronunciation: Es kez sirumen – I love you&lt;/p&gt; &lt;p&gt; Polish pronunciation: Shnorhakalutsun (shnorhakal-em) – thank you&lt;/p&gt; &lt;p&gt; Polish pronunciation: Hadjogh – bye&lt;/p&gt;   &lt;p&gt; GEORGIA&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Stalin originates from Georgia (Gori). He attended even seminary…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; SADAKHLO&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Marshrutka Sadakhlo – Marneuli – Tbilisi&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Marshrutka Tbilisi – Rustaveli&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; RUSTAVELI&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We had some Russian pirogi ! We received a very nice welcome! &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Marshrutka Rustaveli – Gardabani&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; A taxi to Davit Gareja costs 50 GEL. We did not take the offer…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; In a village a former taxi driver offered to take us there, but he said it was 100 km away from Gardabani, which we did not believe…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; O: There are not so many springs in Georgia as in Armenia or they are harder to find…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Δ GARDABANI (in the field, with mosquitoes) &lt;/p&gt; &lt;p&gt; The dogs were howling…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 12.VIII.2006 (Sat.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Hitchhike Gardabani – Gandzar&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; No taxi to Davit Gareja from there. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; GANDZAR&lt;/p&gt; &lt;p&gt; A lady gave us water from a well. She warned us of going on foot or even by a taxi to David Gareja. She told us that a taxi driver will use his mobile to inform bandits to rob us. She claimed they can kill us just for a tent or anything and that everyone has a gun at home. She wanted us to leave Georgia and go to Turkey. She was Azeri and very good for us, treated us like sons, gave us breakfast, but she exaggerated a bit…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Bus Gandzar – Gardabani&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Anyway we took a taxi to Davit Gareja. The guy looked honest, he was with son. We bartered 25 GEL and warm trousers, as well as sweater for a transport. We gave hand gloves and cap for free ! Although when he started to phone on the way I recollected what the lady in Gandzar said… &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We wanted in the beginning to walk to Davit Gareja, but everyone on the way advised us against it. They were right – the road leads through a desert and it is about 30 km away from the closest village. The view were cosmic… You can see Azerbaijan, too !&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; DAVIT GAREJA (6th century) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; There was a monastery in which live seven people. They do not let you hang around everywhere, but a yard is accessible. Than you have to go up the mountains to see two churches and allegedly up to 70 caves with beautiful frescoes, some in a very good condition! It really makes impression! You can also see a huge amount of giant lizards sneaking around. &lt;/p&gt; &lt;p&gt; We had two hours to see everything – a bit few… Try to bargain at least three! &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Taxi Davit Gareja – GARDZABANI&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Marshrutka Gardabani – Tbilisi&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Marshrutka Tbilisi (0,5 GEL / pers.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We drove to MTSKETA (former capital of Georgia) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Samtavro Church (?)&lt;/p&gt; &lt;p&gt; A Georgian Catholicos was buried on a yard recently. Man should wear trousers (this applies to some other churches, too). You can place a thing that you always carry with you for a couple of minutes at Catolocos’s tomb. That should bring good luck to you. &lt;/p&gt; &lt;p&gt; Women can enter the Orthodox Church in scarves. You can simply borrow it. They are lying by the door. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Jvari – seen from a car. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We were invited to a dinner in a restaurant with friends (eight people). Georgians are very generous. We wanted to participate in a dinner, but we had problem to buy anything for them at all. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; ΔΔ TBILISI (Ana’s place) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 13.VIII.2006 (Sun.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Holy Trinity Church – a new gigantic church built in the centre of a city. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; TV tower – there will be a beautiful restaurant with long pillars. It is being renovated recently. It offers a great panorama of the city. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Turtle Lake with picnic !&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Old Tbilisi – a great ice coffee .&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Dinner at Ana’s place – tasty pielmeni. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; There are a lot of old beautiful buildings in Tbilisi (which means hot spring) in comparison to Poland (where most of them were destroyed during the World War II). The buildings in the capital of Georgia have also great balconies, verandas and palms. The city has wide streets and underground (metro). River “Kura” (rus.) (eng. chicken) flows through Tbilisi (1.515 km long). Most famous king is Wachtang Gorgasal. National spirit is “czacza”. Georgia is also famous for wines. There is Mother Georgia statue in Tbilisi. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; ΔΔ TBILISI (Ana’s place) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 14.VIII.2006 (Mon.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Walk through Tbilisi: thermal springs, mosque, synagogue, fortress, churches. &lt;/p&gt; &lt;p&gt; We had ostri at the bus station. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Marshrutka Tbilisi – Kobuleti (16 GEL / pers.). Takes about 6 hours with three 15 min. breaks. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; KOBULETI&lt;/p&gt; &lt;p&gt; The place never goes to sleep. On both sides of the road a day and night there were shops opened. It was a tourist area so it was expensive. We heard that Batumi was for adults and Kobuleti for youngsters. You can just enter the house you like and ask for an accommodation. They prefer that there comes a whole bunch of people and they stay forever ;)… As usually in resorts…  We found an accommodation for 7-8 GEL / pers. / night, but the conditions were terrible: a passage-room with fungus on the walls... However we spent there a couple hours at night and there was a decent latrine and hot water in bathroom. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We went with Muka (son of the owner of the house) to the disco (5 GEL / pers.). Beer 3 GEL / bottle. There were a couple of discos by the beach (at the number of the street round 550, near Intourist hotel). What was curios they were of a similar quality, but only these discos where you have to pay for admission there were people…&lt;/p&gt; &lt;p&gt; The bartenders were juggling ! Some guys were laying on the bars, bartender poured drinks directly to the mouth. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; ΔΔ KOBULETI (accommodation) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 15.VIII.2006 (Tue.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; KOBULETI&lt;/p&gt; &lt;p&gt; There are marshrutkas from suburbs to the city centre (0,5 GEL / pers.). The water is allegedly better in Kobuleti than in Batumi and it is cleaner in the suburbs than in the centre. There was a brand new train station in Kobuleti. We bought a ticket to Tbilisi (10 GEL / pers., inkl. sheets) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Marshrutka Kobuleti – Batumi (1 GEL / pers.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; BATUMI (on the Black See) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; The city is a great resort: people walking in bathing suits on the streets, beautiful promenade with bamboos, palms and colourful buildings. There is a market by the bus station. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; In the evening “gulanka”. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; ΔΔ KOBULETI (accommodation) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 16.VIII.2006 (Wed.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Sunbathing… The sea was very warm and not very salty. There were mostly rock beaches…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Marshrutka to the city centre. &lt;/p&gt; &lt;p&gt;There was no left-luggage office, but nice ladies at the counters can place your backpack in the back office !&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Sunbathing…&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; By the city centre there were no such big discos as by Intourist hotel, rather restaurants with a dance floor. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; ΔΔ Train 23:50 Kobuleti – Tbilisi (very good conditions ).&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 17.VIII.2006 (Thu.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Janashia State Museum. Normally there are four floor, but first to third were being renovated. We attended an exhibition of gold, jewellery and carpets (temporal exhibition). 3 GEL / pers. (students 1,5 GEL / pers.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Market outside the city (Loli/Lilo?). &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Super dinner at Ana’s place: dolmy (pl. golabki), aubergine and home wine. &lt;/p&gt; &lt;p&gt; There is a great tradition of having toasts. There is a person – tomada – who is responsible for pouring &lt;/p&gt;&lt;p&gt; drinks and drinking. The toasts have a deeper meaning and are rather serious and very ceremonial. &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; ΔΔ TBILISI (Ana’s place) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 18.VIII.2006 (Fr.) &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 5:00 wake up&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 7:25 plane Tbilisi – Moscow&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; Moscow Airport&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; We almost missed the flight: we should have been at the Transfer Office at 16:00. We were after personal luggage control 17:20, but without a boarding pass . At the Transfer Office they told us, they can not let us go to the plane (it was too late)… After a bit of running, calls and stress we fortunately got two last places in a plane !&lt;/p&gt; &lt;p&gt; 17:55 plane Moscow – Warsaw&lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 18:20 Poland, Warsaw – rain and cold… (2,40 pln / bus from the airport to the Central Train Station). &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 19:25 Entering a train to Poznan without tickets… &lt;/p&gt;  &lt;p&gt; 23:00 Poznan, home, sweet home… &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5462473877702160492-8808410155952405616?l=micwasik.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://micwasik.blogspot.com/feeds/8808410155952405616/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://micwasik.blogspot.com/2006/08/armenia-karabach-georgia-22vii2006.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5462473877702160492/posts/default/8808410155952405616'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5462473877702160492/posts/default/8808410155952405616'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://micwasik.blogspot.com/2006/08/armenia-karabach-georgia-22vii2006.html' title='Armenia, Karabach, Georgia 22.VII.2006 - 18.VIII.2006 (English)'/><author><name>Michał Wąsik</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02660059989183667266</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5462473877702160492.post-4417435442166038220</id><published>2001-08-21T00:01:00.000+02:00</published><updated>2009-08-19T22:02:32.222+02:00</updated><title type='text'>U.S.A. Work and Travel - kółeczko po Stanach</title><content type='html'>21.VIII.&lt;br /&gt;POPRZEDNIA NOC NA NIEDOSZŁYM KEMPINGU – FALLS LAKE S.R.A. (STATE RECREATION AREA).&lt;br /&gt;BLUE RIDGE PARKWAY. BLOWING ROCK. DOJEŻDŻAMY DO GREAT SMOKIE MOUNTAINS - 800 MIL SZLAKÓW, SHELTERY DARMOWE W GÓRACH, DUŻO LASÓW I ŚLICZNE KOLORY LIŚCI (AMERYKAŃSKA ZŁOTA JESIEŃ). MOST WYBUDOWANY PRZEZ SZWAJCARÓW Z OKŁADKI RAND’A MCNALLY (ATLAS SAMOCHODOWY). PIERWSZY PŁATNY (17 USD) NOCLEG W PARKU NARODOWYM Z OGNISKIEM I WĘDZONA FASOLKA.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;22.VIII.&lt;br /&gt;APPALACHIAN TRAIL. 4M SZLAK DO CHARLES BUNION SHELTER. KUPUJEMY NATIONAL PARKS PASS (50 USD) I SPAWĘ WSTĘPÓW MAMY Z GŁOWY. TAK NAM SIĘ SHELTER SPODOBAŁ, ŻE PO UZYSKANIU POZWOLENIA POSTANOWILIŚMY W PODOBNYM SPĘDZIĆ NOC. 5,4M DO SPENCE FIELD SHELTER. SPOTYKAMY TAM CAT Z OHIO, UCZESTNICZKĘ DEMONSTRACJI PRZECIW WTO, STUDIUJĄCĄ EDUKACJĘ.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;23-24.VIII.&lt;br /&gt;NIESTETY NIE POKAZAŁ SIĘ MIŚ W NOCY, A ZAPISKI WSKAZYWAŁY, ŻE ICH OBECNOŚĆ NIE JEST NICZYM NIEZWYKŁYM. TA SAMA 5,4M TRASA W DÓŁ. DO MARRYVILLE, TENNESSEE. PRZEZ CHATANOOGA (TN), BIRMINGHAM (AL. – ALABAMA), TUSCALOOSA (AL), MERIDAN  (MS – MISSISSIPPI), HATTIESBURG (MS) DO NOWEGO ORLEANU (LA – LUISIANA). PO DRODZE ŚPIMY W AUCIE. BARDZO NIEWYGODNIE.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;24.VIII.&lt;br /&gt;W MIESZKANIU, KTÓRE WYNAJMOWAŁA DEBBIE, MANGERKA Z DDX, SPOTYKAMY ROBERTA WYNNE. MIESZKAMY WE FRANCUSKIEJ DZIELNICY. ROBERT OPROWADZA NAS PO JACKSON SQUARE. PRZECHADZAMY SIĘ WZDŁUŻ MISSISSIPPI, OGLĄDMAMY SKLEPY VOODOO ORAZ CMENTARZ NO. 1. WIECZOREM BOURBON STREET Z JAZZEM, TITS, KAZNODZIEJĄ. KOŁO KATEDRY WRÓŻBICI CZYTAJĄ Z RAK I STAWIAJĄ TAROTA.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;25.VIII.&lt;br /&gt;ZWIEDZAMY CMENTARZ NO. 2, BIBLIOTEKĘ, Z KTÓREJ PRÓBUJĘ WYSŁAĆ MAILA, ALE SIĘ NIE UDAŁO (RESTRYKCYJNE PRZESTRZEGANIE CZASU). PIESZA WYCIECZKA DO GARDEN DISTRICT. PODGLĄDAMY STREETCAR’A (TRAMWAJ SPECYFICZNY). ZNAJDUJEMY IMITACJĘ TARY. CIEKAWA JEST WAREHOUSE, DZIELNICA ARTYSTÓW (PODOBNO TRENT REZNOR TAM MIESZKA). WIECZÓR PODOBNIE, JAK DNIA POPRZEDNIEGO.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;26.VIII.&lt;br /&gt;MSZA W ST. PAUL CATHEDRAL (PRZED KTÓREJ DRZWIAMI W NOCY ZASIADAJĄ WRÓŻBICI). ZAKUPY NA FRENCH MARKET. GRAŻA KUPUJE OBIEKTYW. POPOŁUDNIE DO WIECZORA ROBERT ORGANIZUJE NAM ROZRYWKI. OKAZUJE SIĘ, ŻE JEST GEJEM I PROWADZA NAS PO GEJOWSKICH BARACH, BO PIWO NAJTAŃSZE. ZOSTAJEMY PRZEDSTAWIENI JAKO KUZYNI, CO WYWOŁUJE NIEPOHAMOWANY ŚMIECH NA TWARZACH ZNAJOMYCH. UDAJE SIĘ JEDNAK ZACIĄGNĄĆ ROBERTA DO IRISH PUBU. SERDECZNIE SIĘ NA NAS WYKOSZTOWAŁ, ALE MAM NADZIEJE, ŻE JEMU TEŻ BYŁO WESOŁO. NA DŁUGO POZOSTANĄ W PAMIĘCI SANDWICHE I OHYDNA WOODA KUPIONA U LESBIJKI. OWEGO WIECZORA POZNALIŚMY OLIVERA (?), KTÓRY STAL NA KOMINKU... W URNIE.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;27.VIII.&lt;br /&gt;ZAKUPUJEMY AAA (81 USD). PRZEZ TOLL CAUSEWAY OPUSZCZAMY NEW OREANS. MIJAMY BATON ROUGE (LA), LA FAYETTE (LA), ALEXANDIA (LA), SHREVEPORT (LA). KRÓTKI POSTÓJ W DALLAS (TX –TEXAS), W MIEJSCU, GDZIE ZAMORDOWANO J. F .KENNEDY’EGO. PO FORT WORTH (TX), ŚPIMY PRZY DRODZE NA DZIKO (SHANNON).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;28.VIII.&lt;br /&gt;PIĘKNY TEKSAŃSKI RANEK. WICHITA FALLS (TX), VERNON (TX). TUTAJ POMPA PALIWOWA WYZIONĘŁA DUCHA PRZED WALMARTEM (11:30-4PM). WSPANIAŁE AAA ZAPEWNIA NAM DARMOWE HOLOWANIE DO WARSZTATU, GDZIE NAS KASUJĄ NA 392 USD. BOLI. AMARILLO, ZAŚ STANLEY MARSH’S CADILLAC RANCH, TUCUMCARI (NM – NEW MEXICO). NOCLEG W SANTA ROSA LAKE S. P. (STATE PARK) POD NAMIOTEM.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;29.VIII.&lt;br /&gt;I-40, 285. SANTA FE (NM) TYPOWO INDIAŃSKIE, ARTS&amp;CRAFT, ARCHITEKTURA, KRAJOBRAZY.&lt;br /&gt;BANDALIER NATIONAL MONUMENT – DOMY ANASAZI. WYJAZD Z PARKU SŁAWETNA HIGHWAY 126 W DESZCZU, GRADZIE I POTOKACH WODY JEDZIEMY PO GÓRACH.&lt;br /&gt;FARMINGTON (NM), SHIPROCK (NM), CORTEZ (CO – COLORADO).&lt;br /&gt;PRZY WJEŹDZIE DO MESA VERDE WITA NAS TARANTULA. ŚPIMY NA DZIKO, ALE NA KEMPINGU.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;30.VIII.&lt;br /&gt;MESA VERDE NATIONAL PARK. ZWIEDZAMY SPRUCE TREE (RANGER), CLIFF PALACE, BALCONY HOUSE.&lt;br /&gt;CORTEZ (CO), MONTICELLO (UT – UTAH), MOAB (UT).&lt;br /&gt;ARCHES N. P. (NATIONAL PARK).&lt;br /&gt;NOCLEG PRZED CANYONLANDS NA DZIKIM POLU NAMIOTOWYM NA PUSTYNI.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;31.VIII.&lt;br /&gt;CANYONLANDS N. P.&lt;br /&gt;NA STACJI ZACZEPIA NAS PAN I POLECA OKOLICZNE MIEJSCA. WIDZI JEDNAK, ŻE JESTEŚMY “IN A GOOD SHAPE”.&lt;br /&gt;GREEN RIVER, 24 HANKSVILLE.&lt;br /&gt;CAPITOL REEF N. P.&lt;br /&gt;TRUDNO O POLE NAMIOTOWE. OSTATECZNIE TORREY – NAMIOT.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1.IX.&lt;br /&gt;CAPITOL REEF N. P. – MORMONSKA OSADA. GORĄCO. PEŁNO JESZCZUREK. PUSTYNNY HIKING. WIDZIMY, ŻE SZCZYTU TRZY BURZE JEDNOCZEŚNIE KSZTAŁTUJĄCE SIĘ NA NIEBIE.&lt;br /&gt;BRYCE CANYON N. P.&lt;br /&gt;CHLOPCY SPIA W AUCIE, JA W KOWBOJSKIEJ PRZYCZEPIE. NATRAFIAMY NA SARNY, INDYKI, GROUND SQUIRREL, PTACTWO.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;2.IX.&lt;br /&gt;BRYCE CANYON N. P. (UT)&lt;br /&gt;ZION N. P. (UT)&lt;br /&gt;NOCLEG NA ALTERNATYWNYM KAMPINGU POZA PARKIEM.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;3.IX. LABOUR DAY.&lt;br /&gt;ZION N. P. (UT). SPOTYKAMY MICHAŁA I AGNIESZKĘ Z WARSZAWY ORAZ MS CAMP, KTÓRA WRAZ Z RODZINA BYŁA W POLSCE I SOBIE CHWALIŁA, SZCZEGÓLNIE JEDZENIE. ZDOBYWAMY ANGEL LANDING. PO DRODZE NATYKAMY SIĘ NA WĘŻA/ŻMIJĘ.&lt;br /&gt;KANAB (UT), FREDONIA, JAKOB LAKE, KAIBAB N. F. (DARMOWY KAMPING).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;4.IX. &lt;br /&gt;GRAND CANYON N. P. NORTH RIM.&lt;br /&gt;WSZYSTKIE MIEJSCA ZAJĘTE. TEORETYCZNIE DWA DNI POTRZEBNE NA ZEJŚCIE NA DÓŁ. BIERZEMY ROARING SPRINGS TRAIL – AKLIMATYZACJA KANIONOWA W ATMOSFERZE ZAPACHÓW MULICH.&lt;br /&gt;MARBLE CANYON, CAMERON, KAIBAB N. F. (NIEDALEKO DESERT VIEW).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;5.IX.&lt;br /&gt;GRAND CANYON N. P. SOUTH RIM.&lt;br /&gt;DESERT VIEW. PO WIZYCIE W WC SAMOCHÓD NIE CHCE ZASTARTOWAĆ. 37 KM DO BRIGHT ANGEL POINT. JAK JUŻ TU JESTEŚMY, ZE SPRAWNYM SAMOCHODEM, CZY BEZ, ZDOBYĆ KANION NALEŻY. NA STOPA NAJPIERW Z GOŚCIEM, KTÓRY SZUKAŁ MOTELU, ZAŚ ZE STARSZYM PAŃSTWEM. PRZEJECHALIŚMY JEDNAK ZAMIERZONE ZEJŚCIE. STARTOWALIŚMY W DÓŁ 10M BRIGHT ANGEL TRAIL – ŁAGODNY Z UJĘCIAMI WODY (9:30-1:30PM). W DAMSKIEJ ŁAZIENCE WIDZIAŁEM PIERWSZEGO W ŻYCIU SKORPIONA. WCHODZILIŚMY NATOMIAST 7M SOUTH RIM TRAIL – BARDZO STROMY I BEZ WODY (1:30-5:30). GDY DOCIERALIŚMY ZMĘCZENI, ODWODNIENI DO POWIERZCHNI W POWIETRZU KRĄŻYŁY KONDORY... STOPEM ZNÓW DO DESERT VIEW, GDZIE STAŁ NASZ POPSUTY SAMOCHÓD. PRÓBA ODPALENIA – ODPALIŁ... UFFF... ZESZLIŚMY NA DNO WIELKIEGO KANIONU I WRÓCILIŚMY W JEDEN DZIEŃ (NIE NALEŻY TEGO ROBIĆ POD ŻADNYM POZOREM - ALE POLAK POTRAFI). JEST TO MNIEJ WIĘCEJ POŁOWA NASZEGO PODRÓŻOWANIA I MAMY SIĘ DOBRZE.&lt;br /&gt;KAIBAB N. F. DARMOWY KAMPING.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;6.IX.&lt;br /&gt;FLAGSTAFF (INTERNET), KINGMAN, NEDDLES (CA - CALIFORNIA). PRZY WJEŹDZIE DO KALIFORNII PYTANIE CZY MAMY JAKIEŚ ROŚLINY, JEDZENIE – MY?! SKĄDŻE ZNOWU!&lt;br /&gt;95 S, 65 W.&lt;br /&gt;JOSHUA TREEE N. P. (CA).&lt;br /&gt;NOCLEG W MALOWNICZYM MIEJSCU POD OGROMNYMI GŁAZAMI. CIEPPLA, “DOBRA” NOC. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;7.IX.&lt;br /&gt;JOSHUA TREEE N. P. (CA).&lt;br /&gt;RANO POWITAŁ NAS ZAJĄCZEK. TRUDNO NIE MYŚLEĆ W TAKIM MIEJSCU O “TWIERDZY”, U2, BIBLII I FILMIE “JOSHUA TREE”.&lt;br /&gt;DO LOS ANGELES (L.A.). PRZYJMUJĄ NAS W GOŚCINĘ MATEUSZ SAROSIEK Z BRATEM MAURYCYM, MAMA I OJCZYMEM ŁUKASZEM. PIĘKNY POLSKI DOM W ŚRODKU LA. WNĘTRZE JEST URZĄDZONE Z WIELKIM ARTYZMEM. RODZICE MATEUSZA SĄ ARTYSTAMI. PRACUJĄ W DOMU, ROBIĄ GŁÓWNIE TOREBKI. ZWIEDZAMY Z MATEUSZEM DOWNTOWN (CENTRUM), CHINESE THEATER, ALEJA GWIAZD.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;8.IX.LOS ANGELES (CA).&lt;br /&gt;VENICE – PLAŻA, ARTYŚCI ULICZNI, MASAŻ DLA CHĘTNYCH, CZYTANIE Z DŁONI.&lt;br /&gt;MALIBU – ELEGANCKIE REZYDENCJE.&lt;br /&gt;NIE UDAŁO NAM SIĘ ZNALEŹĆ SOUTH CENTRAL, NIESTETY. PRZEJAŻDŻKA DO OBSERWATORIUM, PANORAMA MIASTA. WIECZORKIEM WSPOMINKI SYLWESTRA, MACAO, ZDJĘCIA PRZY BECZCE HEINEKENA.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;GŁÓWNIE ZWIEDZAMY PARKI, KTÓRE ZADZIWIAJĄ PRZESTRZENIĄ, RÓŻNORODNOŚCIĄ, ZWIERZĄTKAMI I TEMPERATURAMI. W STANACH BEZ AUTA ANI RUSZ, TAKŻE TAKI ŚRODEK TRANSPORTU NAM SŁUŻY.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;9.IX.&lt;br /&gt;WYJECHALIŚMY Z LA, ZAHACZAJĄC O SKLEP KOMPUTEROWY (NAJWIĘKSZY JAKI WIDZIAŁEM W ŻYCIU - W USA WSZYSTKO JEST DUŻE). ZAMIAST POJECHAĆ NA PACIFIC COAST HIGHWAY, “TROCHĘ” POMYLILIŚMY DROGI I DOJECHALIŚMY DO NIEJ, ALE PRZEZ POLIGON (SPRAWDZANIE DOKUMENTÓW ITD.). NA WIECZÓR BYLIŚMY W SAN FRANCISCO I NA POBOCZU SPĘDZILIŚMY NOC W NAMIOCIE.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;10.IX.&lt;br /&gt;OWO POBOCZE OKAZAŁO SIĘ WJAZDEM DO DOMU, ALE WCZEŚNIE SIĘ ZWINĘLIŚMY (ZIMNO WCZEŚNIE BUDZI). POJECHALIŚMY DO SAUSALITO (SIEDZIBY WEUSA), GDZIE MIELIŚMY ODEBRAĆ PAYCHECK'I (WYPŁATA). Z WAFFLE WORLD BYŁY, ALE NIE DOSZEDŁ JESZCZE TEN Z HOLIDAY'A (DLA MNIE). ZWIEDZALIŚMY SAN FRANCISCO, POŁOŻONE NA WZGÓRZACH (DOŚĆ STROMO JAK NA NASZE AUTO). ZOBACZYLIŚMY MARINĘ, ALCATRAZ, GOLDEN GATE BRIDGE, COLUMBUS AV., NORTH BEACH, CHINATOWN (NAJFAJNIEJSZE DO TEJ PORY), LOMBARD ST, DZIELNICE CASTRO - ZNANA Z MNIEJSZOŚCI SEKSUALNYCH, KTÓRE TAM SĄ WIĘKSZOŚCIĄ (POWIEWAJĄCE FLAGI W KOLORACH TĘCZY). ZAŚ ZADZWONIŁEM DO BIURA WEUSA I OKAZAŁO SIĘ, ŻE PAYCHECK WŁAŚNIE PRZYSZEDŁ, WIĘC GO ODEBRALIŚMY (NA SZCZĘŚCIE). PRZEZ SAN RAFAEL BRIDGE ZDĄŻALIŚMY DO STANISLAVUS NATIONAL FORREST (MOŻNA W NICH SPAĆ ZA DARMO, NA ŁONIE NATURY).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;11.IX.&lt;br /&gt;WJECHALIŚMY DO YOSEMITE NATIONAL PARK - ŚLICZNE SZARE, DOSTOJNE SKAŁY. W VISITOR CENTRE SPOTKALIŚMY NASZE DWIE ZNAJOME ZE SZKOŁY I N.Y.: LIDKĘ SMOLIŃSKĄ I IZĘ GRYCZĘ. ZROBILIŚMY SOBIE LUŹNY DZIEŃ I NIE PRZEMĘCZALIŚMY SIĘ CHODZĄC PO GÓRACH. BYLIŚMY NA JOHN MUIR TRAIL (POR. SZKOCJA) I MIST TRAIL (W DÓŁ). PODZIWIALIŚMY WODOSPADY VERNALL I NEVADA FALL. DZIEWCZYNY POJECHAŁY W SWOJĄ STRONĘ. CHŁOPCY SPALI W AUCIE, A JA WE WŁASNEJ KONSTRUKCJI NAMIOCIE ZŁOŻONYM Z MATERACÓW ZNALEZIONYCH PRZED MOTELEM (NIE MOGĘ SPAĆ W AUCIE).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;12.IX.&lt;br /&gt;KOLEJNY DZIEŃ W YOSEMITE. ROZDZIELILIŚMY SIĘ. CHŁOPCY POSZLI NA GLACIER POINT, A JA NA HALF DOME. TEORETYCZNIE 12-14 GODZIN MARSZ. MI SIĘ UDAŁO TO ZROBIĆ W JAKIEŚ 8, Z DWOMA GODZINNYMI PRZERWAMI, BY ZBYT WCZEŚNIE NIE BYĆ NA DOLE. BARDZO EKSCYTUJĄCE PODEJŚCIE POD SAMĄ GÓRĘ - WIATR, PORĘCZE Z OBU STRON NA GOŁEJ SKALE - HMMM... MIODZIO. ZAŚ PRZEZ FRESNO DO KING'S CANYON I TAM NOCLEG.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;13.IX.&lt;br /&gt;NASZ KOLEJNY PARK TO KINGS CANYON - MAŁO UCZĘSZCZANY I Z TEGO POWODU SŁABO ZORGANIZOWANY POD KATEM TURYSTÓW, KTÓRZY MAJĄ MAŁO CZASU. ZJECHALIŚMY W GŁĄB KANIONU, PODZIWIAJĄC SKALISTE STROMIZNY. NA DOLE OKAZAŁO SIĘ, ŻE NAWET VISITORS CENTRE JEST ZAMKNIĘTE. JEST TO DOBRY PARK, BY ZASZYĆ SIĘ NA DŁUGO I ZOSTAĆ TYLKO Z NATURĄ, BEZ LUDZI - TRZEBA MIEĆ DUUUŻO CZASU. O TEJ PORZE ROKU WIDAĆ JUŻ ZMIENIAJĄCE SIĘ KOLORY LIŚCI - ZŁOTA AMERYKAŃSKA JESIEŃ...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;SEQUOIA NATIONAL PARK - TAK, TAK, TO WŁAŚNIE TU JEST NAJWIĘKSZA ŻYJĄCA ROŚLINA NA ZIEMI. SEKWOJE SĄ NAPRAWDĘ MONUMENTALNE, CHOĆ TYLKO NIEWIELE WIĘKSZE OD TYCH, KTÓRE WIDZIELIŚMY W KINGS CANYON. Z CIEKAWOSTEK: ATRAKCJĄ DLA AMERYKANÓW JEST NA PRZYKŁAD WJECHAĆ NA POWALONA SEKWOJE SAMOCHODEM I ZROBIĆ SOBIE ZDJĘCIE.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;14.IX.&lt;br /&gt;ZMIERZAMY DO HOOVER DAM. INFORMACJA TURYSTYCZNA NIESTETY NIECZYNNA, Z POWODU "OSTATNICH WYDARZEŃ", PODOBNIE JAK INNE BUDYNKI FEDERALNE. ZARAZ OBOK KĄPIEMY SIĘ W MALOWNICZYM, CHOĆ SZTUCZNYM LAKE MEAD. STAMTĄD TYLKO KAWAŁEK DO OSŁAWIONEGO LAS VEGAS. MIASTO JEST BAJECZNE, JEŚLI DAĆ SIĘ ZWIEŹĆ PIERWSZEMU WRAŻENIU - MUZYKA NA ULICACH, KASYNA TĘTNIĄCE ŻYCIEM CAŁĄ DOBĘ, MNÓSTWO LUDZI. PO DRODZE MIJAMY IMITACJE WENECJI, STAROŻYTNEGO RZYMU, WIEŻY EIFFLA, A WSZYSTKO TO W SPIEKOCIE PUSTYNI NEVADY. UDAJE NAM SIĘ ZOBACZYĆ PIĘKNY POKAZ FONTANN, BLISKO KASYNA BELLAGIO. JAK NA L.V. PRZYSTAŁO, NALEŻY ZAGRAĆ: MÓJ BUDŻET WYNIÓSŁ $5, RAZ UDAŁO MI SIĘ WYGRAĆ $7,5, ALE OPUŚCIŁEM KASYNO Z $4 - JAK NA 2 GODZINY EMOCJI WARTO STRACIĆ DOLARA. W NOCY NAWIEDZIŁ NAS OSIOŁ, KWICZAŁ DONOŚNIE, ALE NIE WIEDZIELIŚMY O CO MU CHODZI.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;15.IX.&lt;br /&gt;PRZEZ NEVADĘ, ARIZONĘ I UTAH ZMIERZAMY W KIERUNKU YELLOWSTONE, BO WITKA CZAS NAGLI. WIECZOREM DOBIJAMY DO SALT LAKE CITY, GDZIE SZYBKO ZWIEDZAMY TEMPLE PLAZA - MNÓSTWO KOŚCIOŁÓW (MORMOŃSKIE MIASTO) ORAZ DOCENIAMY, ŻE JEŹDZIMY AUTEM, PO WIZYCIE NA DWORCU AUTOBUSOWYM (MNÓSTWO LATYNOSÓW O MAŁO PRZYJEMNYCH FACJATACH)...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;16.IX.&lt;br /&gt;WRESZCIE GRAND TETON NATIONAL PARK. ZUPEŁNIE INNA SCENERIA NIŻ DO TEJ PORY. WSZYSTKO BARDZIEJ PRZYPOMINA EUROPĘ, A NAWET TATRY. WIĘCEJ ZIELENI, GÓRY GRANITOWE (CHYBA), ALE ZA TO ZIMNO (ŻE O NOCY NIE WSPOMNĘ). SPACERUJEMY W OKOŁO JEZIORA JENNY, A POPOŁUDNIEM DO UPRAGNIONEGO YELLOWSTONE. ZWIEDZAMY NAJPOPULARNIEJSZY GEJZER - OLD FAITHFUL. WOKÓŁ NIEGO WYTYCZONE SĄ SZLAKI, GDZIE MOŻNA PODZIWIAĆ DZIESIĄTKI INNYCH GEJZERÓW. JEST TO PIERWSZY RAZ, KIEDY JE OGLĄDAM. SĄ RÓŻNE, JEDNE W KOLORACH TĘCZY, INNE JEDNOBARWNE. PRZED ERUPCJA BULGOCZĄ, STALE WYDAJĄC MAŁO PRZYJEMNY ZAPACH (ZGNILE JAJCA).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;17.IX.&lt;br /&gt;YELLOWSTONE. NAD RANEM WSZYSTKO SPOWIJA MGŁA MIESZAJĄCA SIĘ Z OPARAMI Z GEJZERÓW. OGLĄDAMY NORRIS, MAMMOTH HOT SPRINGS - PROMIENIE SŁOŃCA ROZSZCZEPIONE PRZEZ GAŁĘZIE DRZEW, BIAŁE KASKADY I SPŁYWAJĄCA PO NICH GORĄCA "WODA". DOCIERAMY DO NASZEGO PIERWSZEGO SKAMIENIAŁEGO DRZEWA. YELLOWSTONE JEST BARDZO RÓŻNORODNE - NIBY GŁÓWNIE GEJZERY, ALE RÓWNIEŻ ŚLICZNY KANION, WODOSPADY. W WEST YELLOWSTONE ŻEGNAMY WICIA. WIECZOREM KOLEJNE SZLAKI PO GEJZERACH - MNÓSTWO ICH...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;18.IX.&lt;br /&gt;WCHODZIMY Z MARCINEM NA NAJWYŻSZĄ GÓRĘ W PARKU - MT. WASHBURN, POWYŻEJ 3.000 M, ALE BARDZO ŁATWE PODEJŚCIE, BO SZLAK ZACZYNA SIĘ WYSOKO PONAD POZIOMEM MORZA. NIESTETY NIE DOCENILIŚMY GÓRY I POMYLILIŚMY SZLAK SCHODZĄC. DZIĘKI TEMU UDAŁO NAM SIĘ JECHAĆ NA STOPA W PICK-UP'IE Z ŚLICZNYM PIESKIEM. ODMIENNE SĄ MUD VOLCANO, BULGOCZĄCE GRAFITEM, BRĄZEM I ZGNIŁĄ ZIELENIĄ. OPUSZCZAMY YELLOWSTONE.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;19.IX.&lt;br /&gt;DEVILS TOWER - BAZALTOWE SŁUPY O DUŻEJ STROMIŹNIE, NIECO PODOBNE KSZTAŁTY DO GIANTS CAUSEWAY W IRLANDII PÓŁNOCNEJ. WYZWANIE DLA ALPINISTÓW, ALE ZAAWANSOWANYCH. MT. RUSHMORE - WYRZEŹBIONE GŁOWY PREZYDENTÓW USA W SKALE. NAJBARDZIEJ CIEKAWE JEDNAK BYŁO DOŚWIADCZYĆ PRZEMÓWIENIA RANGERA ORAZ REAKCJI AMERYKANÓW DOZNAJĄCYCH WZRUSZENIA NARODOWEGO SPOTĘGOWANEGO "OSTATNIMI WYDARZENIAMI" - PIEŚNI, PŁACZ, DUMA, POMPATYCZNOŚĆ...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;20.IX.&lt;br /&gt;BADLANDS NATIONAL PARK - SOUTH DAKOTA. PRERIA I SKAŁY. ZROBILIŚMY SOBIE PRAWIE CAŁODZIENNĄ WYCIECZKĘ PRZEZ PRERIĘ, PRZY NIESPODZIEWANIE SILNYM WIETRZE. PO RAZ KOLEJNY POWALA MNIE PRZESTRZEŃ...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;21.IX.&lt;br /&gt;SIOUX FALLS - INTERNET I SKLEP MUZYCZNY. UDAŁO MI SIĘ ZDOBYĆ KATALOGI INSTRUMENTÓW, KTÓRE SĄ TRUDNO DOSTEPNE W POLSCE.&lt;br /&gt;I-29, I-680, I-80. DES MOINES, MITCHELLVILLE (SD – SOUTH DAKOTA).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;22.IX.&lt;br /&gt;I-80. IOWA CITY (IA – IOWA).&lt;br /&gt;I-79. ROCK ISLAND (IA), PEORIA (IL – ILLINOIS).&lt;br /&gt;I-70. INDIANAPOLIS (IN – INDIANAPOLIS).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;23.IX.&lt;br /&gt;COLUMBUS (OH –OHIO). TOPIARY GARDENS, GERMAN VILLAGE, BREWERY DISTRICT. OKTOBERFEST W SEPTEMBER...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;24.IX.&lt;br /&gt;WASHINGTON D.C.&lt;br /&gt;NATIONAL ZOOLOGICAL PARK, ARLINGTON CEMENTARY.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;25.IX.&lt;br /&gt;WASHINGTON D.C.&lt;br /&gt;METRO L’EFANT PLAZA, NATIONAL AIR AND SPACE MUSEUM, U.S. CAPITOL (ZEWN.), LIBRARY OF CONGRESS (AMERICAN/WORLD TREASURE), SUPREME COURT, J. EDGAR HOOVER BUILDING (CLOSED), OLD POST OFFICE PAVILON (TOWER CLOSED), RONALD REAGAN BUILDING, NATIONAL AQUARIUM (CLOSED), THE WHITE HOUSE (CLOSED), WASHINGTON MONUMENT, CONSTITUTION GARDENS, LINCOLD MEMORIAL, KOREAN WAR VETERAN MEMORIAL, FRANKLIN D. ROOSEVELT, JEFFERSON MEMORIAL.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;26.IX.&lt;br /&gt;WASHINGTON D.C.&lt;br /&gt;HOLOCAUST MUSEUM, NATIONAL MUSEUM OF NATURAL HISTORY.&lt;br /&gt;I-295, 100.&lt;br /&gt;NOCLEG PRZED RESTAURACJA. W NOCY KTOŚ Z LATARĄ NAS WYGONIŁ STAMTĄD.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;27.IX.&lt;br /&gt;BALTIMORE (MD).&lt;br /&gt;INNER HARBOUR, HOLOCAUST MONUMENT, CITY HALL, MT. VERNON, PEABODY LIBRARY, WASHINGTON MON., MODIER SETON HOUSE (CLOSED), LEXINGTON MARKET, E. A  TOMB (?) BULIDING.&lt;br /&gt;TOWNSONCITY CENTER. SHOPPING SPREE.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;28.IX.&lt;br /&gt;PERRYVILLE – FACTORY OUTLET.&lt;br /&gt;PHILADELPHIA (PA – PENNSYLVANIA). THADDEUS KOSCIUSZKO HOUSE. MUSIC SHOP. CASH ADVANCE.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ŚPIMY OD CZASU WYJAZDU GRAŻY W AUCIE, BO ZIMNO NIESAMOWICIE (WSZYSTKIE WARSTWY RZECZY, ŚPIWÓR ITD.), CHOĆ OSTATNIO TROCHĘ SIĘ POPRAWIŁO - NIE ZAKŁADAM KURTKI. POGODA WCZESNOJESIENNA, CO JEST DLA MNIE ZASKOCZENIEM, BO AMERYKA - MYŚLAŁEM - "ZAWSZE SŁONECZNA".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;29.IX. – 4.X.&lt;br /&gt;NEWARK.&lt;br /&gt;NEW YORK CITY (NY – NEW YORK).&lt;br /&gt;KINGS PLAZA SHOPPING CENTRE.&lt;br /&gt;5PM NANCY&amp;LEE HOUSE.&lt;br /&gt;PIERWSZEGO DNIA, GDY PRZYJECHALIŚMY NANCY&amp;LEE POZKAZALI NAM NASZ POKOIK, Z PRAWIE WŁASNĄ ŁAZIENKĄ ORAZ NIEDŁUGO POTEM UDERZYLIŚMY DO MIASTA. CHCIELIŚMY IŚĆ DO OPERA THEATRE, ALE NIE BYŁO STUDENCKICH BILETÓW I POJECHALIŚMY DO DZIELNICY LITTLE ITALY NA SPEKTAKL "FANTASTIKA". NIECO SIĘ SPÓŹNILIŚMY, ALE BYŁO SUPER. BARDZO KAMERALNIE, AKTORZY BLISKO WIDOWNI, POZA TYM CHYBA MÓJ PIERWSZY MUSICAL NA ŻYWO. PO CZYMŚ DLA DUCHA POSZLIŚMY ZASPOKOIĆ "CIAŁO" WE WŁOSKIEJ RESTAURACJI. BAARDZO LUBIĘ JEŚĆ W RESTAURACJI... PRZYSWOILIŚMY PRAWDOPODOBNIE TYLE KALORII OWEGO WIECZORU, CO PRZEZ CAŁY POPRZEDNI TYDZIEŃ. DOŚĆ ZMĘCZENI POJECHALIŚMY DO DOMU. PO DRODZE Z BŁOGOŚCIĄ ZASNĄŁEM W AUCIE.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;DOPIERO TUTAJ ZOBACZYŁEM JAK FAKTYCZNIE SYTUACJA WYGLĄDAŁA Z WTC (W GAZETACH I NA VIDEO). AMERYKANIE WSZĘDZIE WYPISUJĄ "GOD BLESS AMERICA", WYWIESZAJĄ FLAGI, NA WIECZORKACH SENTYMENTALNYCH WYJĄ PATRIOTYCZNIE. DOŚWIADCZENIE MÓWI MI, ŻE MAŁO POMOCNI SĄ OGÓLNIE ORAZ ICHNIA METODA TO FREDROWSKIE " JAK TRWOGA, TO DO BOGA".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ODWIEDZILIŚMY ŚWIETNY SKLEP Z PŁYTAMI: MR. CHEAPO. NANCY POCZĘSTOWAŁA NAS OBIADKIEM PRZY ŚWIECACH, WINKO ORAZ CIEKAWA ROZMOWA. LEE JEST BARDZO INTERESUJĄCA OSOBA - INTELIGENTNY, MUZYK (NANCY TEŻ), POSIADAJĄCY SZEROKĄ WIEDZĘ NA ZRÓŻNICOWANE TEMATY... GRAŁEM TEZ W AMERYKAŃSKIE SCRABBLE. DLACZEGO NIKT MI NIE POWIEDZIAŁ, ŻE PODLICZA SIĘ NIEWYKORZYSTANE PUNKTY?!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;JESTEŚMY NA ETAPIE SPRZEDAWANIA FURY - KOKOSÓW NIE BĘDZIE. W MIĘDZYCZASIE NIE LATAŁY SAMOLOTY, Z POWODU STRAJKU - NIEŹLE, CO?!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W N.Y.C. POJECHALIŚMY PRZESZKLONĄ WINDĄ NA MARIOTT (45 PIETRO), WIDZIELIŚMY SIEDZIBĘ MTV, SPACEROWALIŚMY 7TH AVENUE, EMPIRE STATE BUILDING. Z POWODU TRAGEDII JEST OTWARTY TYLKO W WEEKENDY, DLATEGO TAM NIE WESZLIŚMY - OBECNIE NAJWYŻSZY BUDYNEK W N.Y.C.. ODWIEDZILIŚMY RÓWNIEŻ SUPER SKLEP MUZYCZNY SAM ASH, GDZIE ZROBIŁEM ZAKUPY (BOSS GT-3). W CENTRAL PARKU ZNALEŹLIŚMY IMAGINE MOSAIC KU CZCI LENNONA ORAZ ZARAZ OBOK ODWIEDZILIŚMY DAKOTA BUILDING, PRZED KTÓRYM GO ZASTRZELILI. NA KOLEJNE ZAKUPY WYBRALIŚMY SIĘ NA CANAL STR. - DOBRE MIEJSCE.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PO UPEWNIENIU SIĘ, ŻE SABENA LATA, NANCY BYŁA TAK UPRZEJMA, ŻE PRZED ODLOTEM POJECHALIŚMY POSPACEROWAĆ PO PLAŻY NUDYSTÓW (MY W UBRANIACH) I ODWIOZŁA NAS NA LOTNISKO. MÓJ PLECAK WAŻYŁ 33KG, A PLECACZEK – 10 KG, ALE PRZESZŁO. WYLOT 6:50PM. WIELKA RADOŚĆ.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;5.X.&lt;br /&gt;MIĘDZYLĄDOWANIE W BRUKSELI O 8:10AM I SPANKO NA KRZESEŁKACH. OPUSZCZAMY STOLICE BELGII O 1:15PM. Z OKĘCIA – 3:25PM) TAKSÓWKA NA DWORZEC. IC O 6:45PM DO POZNANIA. NIESPODZIANKA...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5462473877702160492-4417435442166038220?l=micwasik.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://micwasik.blogspot.com/feeds/4417435442166038220/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://micwasik.blogspot.com/2009/08/usa-work-and-travel-koeczko-po-stanach.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5462473877702160492/posts/default/4417435442166038220'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5462473877702160492/posts/default/4417435442166038220'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://micwasik.blogspot.com/2009/08/usa-work-and-travel-koeczko-po-stanach.html' title='U.S.A. Work and Travel - kółeczko po Stanach'/><author><name>Michał Wąsik</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02660059989183667266</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry></feed>
